Rzadko widywałem „pana kapitana” na ulicy. Pojawiał się czasem na balkonie swojego mieszkania. Z wysokości pierwszego piętra spoglądał na przechodniów z obojętnym wyrazem twarzy. Chyba tylko raz ujrzałem go z bliska, gdy w obstawie kilku umundurowanych sokistów przechodził na pobliski teren tartaku. Jego część spełniała funkcję placu ćwiczeń pracowników SOK. Nie zauważyłem, żeby ci ludzie przychodzili tam w zwartym szyku. Kapitanowi najwidoczniej zależało na tym, żeby dowodzony przez niego oddział nie zwracał zbytnio na siebie uwagi.
W czasie zbiórek sokiści ćwiczyli musztrę jak wojsko. Obserwowałem ich z pewnej odległości. Najczęściej stali w dwuszeregu, wielokrotnie wykonując powtarzane do znudzenia komendy: „Do nogi broń!”, „Prezentuj broń!”, Na ramię broń!”. Ćwiczyli też zwroty: w lewo, w prawo, ale nigdy nie maszerowali, bo nie mieli na to dość miejsca na tym dziko porośniętym krzewami terenie.
Szkolony przez „pana kapitana” oddział zainteresował oczywiście mieszkańców okolicznych domów. Zastanawiano się, po co utrzymuje się aż tylu uzbrojonych strażników przy niewielkiej stosunkowo stacji. Po jakimś czasie zaczęto mówić ze złośliwymi uśmieszkami, że „pan kapitan” szykuje sobie wojsko na trzecią wojnę światową. Te żarty ktoś chyba potraktował poważnie, bo w jakimś momencie skończyły się musztry, a kapitan przestał się pojawiać. Możliwe, że pod jakimś zarzutem został aresztowany albo najzwyczajniej wyjechał z Kwidzyna.
Edwin Walter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz