Zostaliśmy mile zaskoczeni, gdy ktoś z sąsiedztwa poinformował nas, że już jest światło. Wystarczyło poprzekręcać przełączniki, aby pod sufitami naszych kilku pomieszczeń zapaliły się żarówki. Uzupełniliśmy brakujące oprawki i udaliśmy się na poszukiwanie lamp, żeby lepiej oświetlić mieszkanie.
Cudowne pojawienie się prądu było dziełem Sowietów, którzy podłączyli naszą ulicę do swojej polowej elektrowni, urządzonej na Zatorzu. Generatory prądotwórcze napędzano przy pomocy parowych lokomobili, sprowadzonych tam z wiejskich majątków. Elektryczność dostarczano wieczorami, gdy była najbardziej potrzebna. Potraktowaliśmy to jako przyjazny gest Sowietów, ale oni szybko popsuli wywołane przez siebie dobre wrażenie.
Pewnego razu kilku wojskowych w obecności gromady dzieci zabiło cielną krowę. To skazane na śmierć zwierzę doprowadzono na teren nieczynnego tartaku. Ubojem zajął się towarzyszący szeregowcom oficer. Przyłożył lufę pistoletu do ucha krowy i strzelił. Przewróciła się natychmiast, ale wydawało się, że jeszcze żyła. Wierzgała nogami, gdy rozpruto jej brzuch. Jeden z żołnierzy wyjął z jej wnętrzności dość duży płód.
Wkrótce po tym odrażającym spektaklu przystąpiono do demontażu maszyn znajdujących się w hali tartaku. Zajęci tą robotą żołnierze nie potrafili oddzielić od fundamentu dużego traka do wyrobu tarcicy. Sprowadzono więc ciągnik gąsienicowy, aby przy użyciu jego siły i grubej stalowej liny wyszarpać maszynę z jej betonowej podstawy. Tego zabiegu nie wytrzymał żeliwny korpus urządzenia.
Sowieci najwyraźniej spieszyli się z wywożeniem co cenniejszych rzeczy. „Trofiejne” dobra ładowano na pociągi towarowe. Na zakończenie tej trwającej dość długo akcji rozebrano jeszcze liczne torowiska, pozostawiając na znacznie ogołoconej stacji kolejowej tylko jedną czy dwie pary szyn.
Nie potrafię dokładnie ustalić chronologii opisywanych zdarzeń, bo opieram się na faktach zaobserwowanych i zapamiętanych przez dwunastolatka, którym wtedy byłem. Chyba już po demontażu torowisk widziałem propagandową demonstrację, urządzoną przez umundurowanych Sowietów. Zza szlabanu zamykającego część ulicy Konopnickiej wyszła grupa żołnierzy z karabinami i pepeszami. Porozglądali się i po chwili zaczęli strzelać na wiwat. Strzelali dość długo z przerwami, licząc na przyciągnięcie uwagi przechodniów. Osiągnęli odwrotny skutek, bo kilka znajdujących się w pobliżu osób zmieniło kierunek i oddaliło się stamtąd czym prędzej. Przy żołnierzach przystanął posiwiały mężczyzna. Przybiegło kilkoro dzieciaków. Sowieci wykrzykiwali: „Kaniec wajny!”, „Hitler kaput!”, „Mir!”. Po tych słownych wstawkach kontynuowali strzelaninę z widoczną na ich twarzach radością. Cieszyli się pewnie tym, że nie będzie już im grozić śmierć na frontach. Przyglądający się im starszy pan wzruszył ramionami i poszedł swoją drogą. Ja wraz z innymi dziećmi poczekałem na zakończenie tego swoistego koncertu, ale przeżywałem go inaczej niż Sowieci. Myślałem o tym, że wraz z zakończeniem wojny oni wreszcie uwolnią Kwidzyn od swojej obecności.
Edwin Walter
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz