Gdzieś na przedmieściu kilku
sowieckich żołnierzy zgwałciło kobietę. Wiadomość o tym zbiorowym gwałcie
nikogo specjalnie nie zdziwiła, gdyż było powszechnie wiadome, że to wojsko nie
respektuje żadnych ograniczeń w tym względzie. Na zdobywanych terenach gwałcono
Niemki, ale ponieważ w Kwidzynie zabrakło kobiet tej narodowości, to wypoczęci
i rozswawoleni wojacy zaczęli się dobierać do polskich kobiet i dziewczyn.
Słyszałem o kilku jeszcze gwałtach. Mówiło się o tym w naszym domu. Moja mama i
jej siostra, dość jeszcze młode i atrakcyjne kobiety miały się na baczności. Z
zasady nie wychodziły na ulicę. Przesiadywały w mieszkaniach niczym siostry
zakonne w celach klasztornych. Problem zaczął się, gdy mama podjęła pracę.
Musiała opanować lęk, aby codziennie przejść dość długą trasę do i ze sklepu.
Z lektury odnośnego fragmentu
wspomnień Marszałka Konstantego Rokossowskiego wynika, że wysocy dowódcy wojsk
radzieckich starali się przeciwdziałać wszelkiej swawoli żołnierzy. Na stronie
450 przeczytałem m.in.: „Na długo przed przekroczeniem granic Trzeciej Rzeszy
omówiliśmy na forum rady wojennej Frontu kwestię zachowania się naszych
żołnierzy na ziemi niemieckiej”. Na kolejnej stronie autor rozwinął ten temat
szerzej: „Rada wojenna wzywała szeregowców, podoficerów i oficerów, by
przestrzegali wzorowego porządku i postępowali godnie, jak przystało radzieckim
żołnierzom. Dowódcy i pracownicy polityczni, cały aktyw partyjny i komsomolski
nieustannie wyjaśniali żołnierzom istotę misji wyzwoleńczej armii
socjalistycznego państwa, jej odpowiedzialność za losy Niemiec, podobnie jak za
losy wszystkich innych narodów, które wyzwoliła z jarzma faszystowskiego”.
Gdyby przyjąć, że to nie były tylko
puste slogany i że wyższym dowódcom Armii Czerwonej naprawdę zależało na
oszczędzeniu cywilnej ludności, to i tak wiadomo, że nie udało się im zapanować
nad żołnierskim żywiołem. Nie chcę przez to sugerować, że w Kwidzynie działy
się jakieś dantejskie sceny. Był wprawdzie wielki pożar, ale został on
wzniecony prawdopodobnie na rozkaz z Moskwy. Za takim przypuszczeniem przemawia
fakt, że później nie podpalono już ani jednego domu. Należy przyjąć raczej bez
wątpienia, że wywołanie pożogi nie obarcza konta prostych żołnierzy. Oni byli
tylko wykonawcami wydanego im rozkazu.
A jeśli idzie o gwałty na kobietach,
to po kilku takich, godnych ubolewania incydentach zapanował spokój. Być może
tego rodzaju wyczynom przeciwstawiła się „Kontrrazwiedka”, która w pewnym
momencie nasiliła kontrolowanie ulic. Jak zauważyłem, wałęsający się pojedynczo
czy grupami żołnierze woleli nie narażać się na spotkania z patrolami tej
wywiadowczej jednostki. Uciekali, kryjąc się na podwórkach i w ogrodach.
Sprawa ucichła, gdy w mieście
rozpoczęły swoją zawodową działalność panie lekkich obyczajów. O jednej z nich
mogę co nieco napisać, gdyż zajmowała ona mieszkanie w naszym sąsiedztwie.
Przyjechała z Grudziądza, przed wojną miasta garnizonowego, w którym z
pewnością nie narzekała w tamtych czasach na brak klienteli. W Kwidzynie przez
kilka lat też bardzo dobrze prosperowała. Ładną wysoką kobietę o bujnych
kształtach i rudych włosach odwiedzali jakby na wyścigi liczni szeregowcy. Na
ogół drobni i niscy Sowieci, chyba dla dodania sobie odwagi, wchodzili do
mieszkania „Rudej” najczęściej parami. Pracowała więc ciężko i to zjednywało
jej nie tylko podziw, ale i sympatię, co bardziej cnotliwych kobiet, bo dzięki
niej oraz jej koleżankom po fachu nie było już gwałtów.
Moja mama tylko raz ciężko się
przestraszyła, gdyż jakiś żołnierz pomylił adres i zajrzał przez okno do
naszego mieszkania. Skierowałem go do „Rudej”.
„Ruda” odpoczywał tylko w niedziele.
Zgodnie z przykazaniem, że należy dzień święty święcić, udawała się na mszę do
kościoła, przywdziewając odpowiednio skromny strój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz