niedziela, 8 maja 2016

Troja Północy 17)

Rozebranie torowisk na kwidzyńskiej stacji utrudniło kolejarzom pracę, ale nie złamało ich ducha. Jakby w odpowiedzi na ten akt niszczycielstwa wzmocniono Straż Ochrony Kolei. Nieliczna początkowo grupa pracowników SOK wzrosła nagle do wielkości jednego czy dwóch plutonów. Nie byli to już zwykli strażnicy porządku na stacji i w pociągach. Stali się jak najbardziej zmilitaryzowaną formacją. Szkoleniem tego oddziału zajął się tajemniczy „pan kapitan”., którego sprowadzono do Kwidzyna i zakwaterowano w jednym z budynków w pobliżu stacji. Krążyły pogłoski, że był to przedwojenny oficer Wojska Polskiego. Potwierdzeniem tego mogła być jego typowo wojskowa postawa. Poruszał się sprężyście. Nosił zawsze starannie wyprasowany mundur. Zadbał też o to, żeby i jego wojsko prezentowało się dobrze. Sokiści otrzymali skrojone na miarę mundury. Noszone przez nich karabiny były należycie wypucowane. Wszyscy nosili przy pasach jednakowe ładownice.

Rzadko widywałem „pana kapitana” na ulicy. Pojawiał się czasem na balkonie swojego mieszkania. Z wysokości pierwszego piętra spoglądał na przechodniów z obojętnym wyrazem twarzy. Chyba tylko raz ujrzałem go z bliska, gdy w obstawie kilku umundurowanych sokistów przechodził na pobliski teren tartaku. Jego część spełniała funkcję placu ćwiczeń pracowników SOK. Nie zauważyłem, żeby ci ludzie przychodzili tam w zwartym szyku. Kapitanowi najwidoczniej zależało na tym, żeby dowodzony przez niego oddział nie zwracał zbytnio na siebie uwagi.

W czasie zbiórek sokiści ćwiczyli musztrę jak wojsko.  Obserwowałem ich z pewnej odległości. Najczęściej stali w dwuszeregu, wielokrotnie wykonując powtarzane do znudzenia komendy: „Do nogi broń!”, „Prezentuj broń!”, Na ramię broń!”. Ćwiczyli też zwroty: w lewo, w prawo, ale nigdy nie  maszerowali, bo nie mieli na to dość miejsca na tym dziko porośniętym krzewami terenie.

Szkolony przez „pana kapitana” oddział zainteresował oczywiście mieszkańców okolicznych domów. Zastanawiano się, po co utrzymuje się aż tylu uzbrojonych strażników przy niewielkiej stosunkowo stacji. Po jakimś czasie zaczęto mówić ze złośliwymi uśmieszkami, że „pan kapitan” szykuje sobie wojsko na trzecią wojnę światową. Te żarty ktoś chyba potraktował poważnie, bo w jakimś momencie skończyły się musztry, a kapitan przestał się pojawiać. Możliwe, że pod jakimś zarzutem został aresztowany albo najzwyczajniej wyjechał z Kwidzyna.

Edwin Walter

niedziela, 1 maja 2016

Troja Północy 16)

Przez pewien czas nie mieliśmy światła, bo urządzenia miejskiej elektrowni zostały – jak się domyślam – wymontowane i wywiezione do Związku Radzieckiego. Nie ucierpieliśmy wiele z tego powodu, bo dni były coraz dłuższe i staraliśmy się zasypiać tuż po zachodzie słońca. Niektórzy – co bardziej przezorni – mieli lampy naftowe. Nasz niewielki zapas świec został szybko wyczerpany. Uratowały nas łojowe kaganki, wykonane własnym przemysłem przeze mnie i brata. Do tego celu użyliśmy pudełek po paście do butów i knotów skręconych ze strzępków tkanin. Nie pamiętam skąd mieliśmy łój.

Zostaliśmy mile zaskoczeni, gdy ktoś z sąsiedztwa poinformował nas, że już jest światło. Wystarczyło poprzekręcać przełączniki, aby pod sufitami naszych kilku pomieszczeń zapaliły się żarówki. Uzupełniliśmy brakujące oprawki i udaliśmy się na poszukiwanie lamp, żeby lepiej oświetlić mieszkanie.

Cudowne pojawienie się prądu było dziełem Sowietów, którzy podłączyli naszą ulicę do swojej polowej elektrowni, urządzonej na Zatorzu. Generatory prądotwórcze napędzano przy pomocy parowych lokomobili, sprowadzonych tam z wiejskich majątków. Elektryczność dostarczano wieczorami, gdy była najbardziej potrzebna. Potraktowaliśmy to jako przyjazny gest Sowietów, ale oni szybko popsuli wywołane przez siebie dobre wrażenie.

Pewnego razu kilku wojskowych w obecności gromady dzieci zabiło cielną krowę. To skazane na śmierć zwierzę doprowadzono na teren nieczynnego tartaku. Ubojem zajął się towarzyszący szeregowcom oficer. Przyłożył lufę pistoletu do ucha krowy i strzelił. Przewróciła się natychmiast, ale wydawało się, że jeszcze żyła. Wierzgała nogami, gdy rozpruto jej brzuch. Jeden z żołnierzy wyjął z jej wnętrzności dość duży płód.

Wkrótce po tym odrażającym spektaklu przystąpiono do demontażu maszyn znajdujących się w hali tartaku. Zajęci tą robotą żołnierze nie potrafili oddzielić od fundamentu dużego traka do wyrobu tarcicy. Sprowadzono więc ciągnik gąsienicowy, aby przy użyciu jego siły i grubej stalowej liny wyszarpać maszynę z jej betonowej podstawy. Tego zabiegu nie wytrzymał żeliwny korpus urządzenia.

Sowieci najwyraźniej spieszyli się z wywożeniem co cenniejszych rzeczy. „Trofiejne” dobra ładowano na pociągi towarowe. Na zakończenie tej trwającej dość długo akcji rozebrano jeszcze liczne torowiska, pozostawiając na znacznie ogołoconej stacji kolejowej tylko jedną czy dwie pary szyn.

Nie potrafię dokładnie ustalić chronologii opisywanych zdarzeń, bo opieram się na faktach zaobserwowanych i zapamiętanych przez dwunastolatka, którym wtedy byłem. Chyba już po demontażu torowisk widziałem propagandową demonstrację, urządzoną przez umundurowanych Sowietów. Zza szlabanu zamykającego część ulicy Konopnickiej wyszła grupa żołnierzy z karabinami i pepeszami. Porozglądali się i po chwili zaczęli strzelać na wiwat. Strzelali dość długo z przerwami, licząc na przyciągnięcie uwagi przechodniów. Osiągnęli odwrotny skutek, bo kilka znajdujących się w pobliżu osób zmieniło kierunek i oddaliło się stamtąd czym prędzej. Przy żołnierzach przystanął posiwiały mężczyzna. Przybiegło kilkoro dzieciaków. Sowieci wykrzykiwali: „Kaniec wajny!”, „Hitler kaput!”, „Mir!”.  Po tych słownych wstawkach kontynuowali strzelaninę z widoczną na ich twarzach radością. Cieszyli się pewnie tym, że nie będzie już im grozić śmierć na frontach. Przyglądający się im starszy pan wzruszył ramionami i poszedł swoją drogą. Ja wraz z innymi dziećmi poczekałem na zakończenie tego swoistego koncertu, ale przeżywałem go inaczej niż Sowieci. Myślałem o tym, że wraz z zakończeniem wojny oni wreszcie uwolnią Kwidzyn od swojej obecności.

Edwin Walter

niedziela, 24 kwietnia 2016

Troja Północy 15)

Gdzieś na przedmieściu kilku sowieckich żołnierzy zgwałciło kobietę. Wiadomość o tym zbiorowym gwałcie nikogo specjalnie nie zdziwiła, gdyż było powszechnie wiadome, że to wojsko nie respektuje żadnych ograniczeń w tym względzie. Na zdobywanych terenach gwałcono Niemki, ale ponieważ w Kwidzynie zabrakło kobiet tej narodowości, to wypoczęci i rozswawoleni wojacy zaczęli się dobierać do polskich kobiet i dziewczyn. Słyszałem o kilku jeszcze gwałtach. Mówiło się o tym w naszym domu. Moja mama i jej siostra, dość jeszcze młode i atrakcyjne kobiety miały się na baczności. Z zasady nie wychodziły na ulicę. Przesiadywały w mieszkaniach niczym siostry zakonne w celach klasztornych. Problem zaczął się, gdy mama podjęła pracę. Musiała opanować lęk, aby codziennie przejść dość długą trasę do i ze sklepu.

Z lektury odnośnego fragmentu wspomnień Marszałka Konstantego Rokossowskiego wynika, że wysocy dowódcy wojsk radzieckich starali się przeciwdziałać wszelkiej swawoli żołnierzy. Na stronie 450 przeczytałem m.in.: „Na długo przed przekroczeniem granic Trzeciej Rzeszy omówiliśmy na forum rady wojennej Frontu kwestię zachowania się naszych żołnierzy na ziemi niemieckiej”. Na kolejnej stronie autor rozwinął ten temat szerzej: „Rada wojenna wzywała szeregowców, podoficerów i oficerów, by przestrzegali wzorowego porządku i postępowali godnie, jak przystało radzieckim żołnierzom. Dowódcy i pracownicy polityczni, cały aktyw partyjny i komsomolski nieustannie wyjaśniali żołnierzom istotę misji wyzwoleńczej armii socjalistycznego państwa, jej odpowiedzialność za losy Niemiec, podobnie jak za losy wszystkich innych narodów, które wyzwoliła z jarzma faszystowskiego”.

Gdyby przyjąć, że to nie były tylko puste slogany i że wyższym dowódcom Armii Czerwonej naprawdę zależało na oszczędzeniu cywilnej ludności, to i tak wiadomo, że nie udało się im zapanować nad żołnierskim żywiołem. Nie chcę przez to sugerować, że w Kwidzynie działy się jakieś dantejskie sceny. Był wprawdzie wielki pożar, ale został on wzniecony prawdopodobnie na rozkaz z Moskwy. Za takim przypuszczeniem przemawia fakt, że później nie podpalono już ani jednego domu. Należy przyjąć raczej bez wątpienia, że wywołanie pożogi nie obarcza konta prostych żołnierzy. Oni byli tylko wykonawcami wydanego im rozkazu.

A jeśli idzie o gwałty na kobietach, to po kilku takich, godnych ubolewania incydentach zapanował spokój. Być może tego rodzaju wyczynom przeciwstawiła się „Kontrrazwiedka”, która w pewnym momencie nasiliła kontrolowanie ulic. Jak zauważyłem, wałęsający się pojedynczo czy grupami żołnierze woleli nie narażać się na spotkania z patrolami tej wywiadowczej jednostki. Uciekali, kryjąc się na podwórkach i w ogrodach.

Sprawa ucichła, gdy w mieście rozpoczęły swoją zawodową działalność panie lekkich obyczajów. O jednej z nich mogę co nieco napisać, gdyż zajmowała ona mieszkanie w naszym sąsiedztwie. Przyjechała z Grudziądza, przed wojną miasta garnizonowego, w którym z pewnością nie narzekała w tamtych czasach na brak klienteli. W Kwidzynie przez kilka lat też bardzo dobrze prosperowała. Ładną wysoką kobietę o bujnych kształtach i rudych włosach odwiedzali jakby na wyścigi liczni szeregowcy. Na ogół drobni i niscy Sowieci, chyba dla dodania sobie odwagi, wchodzili do mieszkania „Rudej” najczęściej parami. Pracowała więc ciężko i to zjednywało jej nie tylko podziw, ale i sympatię, co bardziej cnotliwych kobiet, bo dzięki niej oraz jej koleżankom po fachu nie było już gwałtów.

Moja mama tylko raz ciężko się przestraszyła, gdyż jakiś żołnierz pomylił adres i zajrzał przez okno do naszego mieszkania. Skierowałem go do „Rudej”.
„Ruda” odpoczywał tylko w niedziele. Zgodnie z przykazaniem, że należy dzień święty święcić, udawała się na mszę do kościoła, przywdziewając odpowiednio skromny strój.


niedziela, 17 kwietnia 2016

Troja Północy 14)

Na ulicach odwiedzanych licznie przez sowieckich żołnierzy polską władzę reprezentował zwerbowany gdzieś pod Warszawą wiejski siłacz, który nie rozstawał się z ręcznym karabinem maszynowym. Tę poniemiecką broń z rzemieniem uwieszonym na tęgim karku podtrzymywał poziomo na wysokości brzucha. Palce jego prawej ręki zawsze znajdowały się w pobliżu spustu. Miał ciężki, powolny chód, ale mimo to wykazywał się dużą ruchliwością. Można go było często spotkać w przekazanych Polakom rejonach miasta. Zwracał na siebie uwagę nie tylko uzbrojeniem, lecz także biało-czerwoną opaską na rękawie drelichu w kolorze khaki. Głowę przykrywał wojskową furażerką, spod której spływały strużki potu, bo maj był pogodny i gorący. Chodził zawsze sam, chociaż w mieście byli jeszcze jacyś inni milicjanci. Ci woleli jednak przesiadywać w komisariacie z okratowanym oknem i drzwiami obitymi blachą.

Sowieci nie okazywali zainteresowania tym zbrojnym człowiekiem. Traktowali go jak powietrze, co można im poczytać za przejaw kurtuazji. Nieliczni jeszcze Polacy nie sprawiali mu żadnego kłopotu. Byli to przeważnie bardzo spokojni ludzie, zatroskani tym, aby przeżyć bezpiecznie każdy kolejny dzień. Obecność milicjanta z biało-czerwoną opaską na rękawie z pewnością podnosiła ich na duchu, chociaż nikt nie łudził się, że ten samotny stróż porządku publicznego mógłby zapewnić komuś skuteczną obronę. Spoglądano na niego tak, jakby był nowym wcieleniem znanego bohatera powieści Miguela de Cervantesa.

Don Kichot z Kwidzyna wybrał sobie nieodpowiedni obiekt ataku podobnie jak jego literacki poprzednik, ale nie był to wiatrak, lecz niestety człowiek. Byłem świadkiem tego żałosnego zdarzenia, bo wraz z grupką kolegów z podwórka chodziłem czasem śladami tego oryginała. Na jednej z uliczek zauważył on biegnącego z trudem starca, który najwidoczniej starał się uniknąć spotkania z groźnie wyglądającym milicjantem. Starzec wbiegł do niewielkiego domu i ukrył się. Po przejrzeniu kilku pomieszczeń Don Kichot wrócił do sieni, podniósł klapę zakrywającą wejście do piwnicy i wrzasnął: „Wyłaź sukinsynu, bo cię zastrzelę!”. Wstrzymaliśmy z wrażenia oddechy. Lufa karabinu maszynowego zawisła nad ciemnym otworem w podłodze. Po chwili ciszy posypała się seria wystrzałów. Poczuliśmy gryzący zapach dymu i ból w uszach. Po drugiej serii usłyszeliśmy jękliwy głos starego człowieka: „Nie zabijaj mnie! Ja Polak!”.

Okazało się, że był to tak zwany autochton, który wbrew niemieckiemu zarządzeniu o ewakuacji ludności postanowił poczekać w Kwidzynie na wyzwolenie. Spotkało go gorzkie rozczarowanie, podobnie jak wielu innych Polaków urodzonych na Warmii i Mazurach.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Troja Północy 13)

Pociągi codziennie przywoziły do Kwidzyna spore grupy ludzi. Były to najczęściej rodziny z dziećmi. Niesiono walizy, torby i toboły. Wśród przybyszów można było też zauważyć samotnych mężczyzn z niewielkimi sakwojażami. Ci szli wolniej od innych, rozglądali się ciekawie dookoła, jakby dokonywali rekonesansu. Niektórzy skręcali w naszą ulicę. W porze przyjazdu pociągu z Grudziądza, była to jedna z godzin popołudniowych, spoglądaliśmy odruchowo przez okno, aby przyjrzeć się nowym twarzom.

Pewnego razu moja matka cofnęła się nagle w głąb pokoju. Wyczułem, że opanował ją strach. Doskoczyłem do okna, aby sprawdzić, kto ją tak zaniepokoił. Zauważyłem plecy oddalającego się mężczyzny. Miał na sobie, niezbyt odpowiedni do pory roku, zimowy płaszcz. Odwrócił na chwilę twarz w moją stronę, patrząc ponuro spod szerokiego ronda filcowego kapelusza. Następnie wzruszył ramionami, a może tylko się przygarbił i przyspieszył kroku.

Mama siedziała przy stole, pocierając dłonią pobladłą twarz. Nie odpowiadała na moje natarczywe pytania. Dopiero po pewnym czasie wyjaśniła mi, że ten zauważony przez nas człowiek mógłby stać się dla nas niebezpieczny, gdyby się zorientował, że został rozpoznany. W czasie niemieckiej okupacji był on znanym w Stryju kolaborantem, pracował w KRIPO, czyli w kryminalnej policji.

Myślę, że on też się przestraszył, widząc w oknie podejrzanie zaaferowaną kobietę. Ja, swoim impulsywnym zachowaniem upewniłem go chyba, że powinien szukać dla siebie miejsca w jakimś innym mieście. I tak właśnie uczynił, bo już nigdy więcej nie ujrzeliśmy tego niespokojnego wędrowca.


niedziela, 3 kwietnia 2016

Troja Północy 12)

Różne myśli przychodziły mi do głowy, gdy zaglądałem do setek opuszczonych przez Niemców mieszkań i dotykałem pozostałych tam jeszcze rzeczy, które dla ich właścicieli mogły mieć jakąś wartość. Patrząc na splądrowane pokoje i kuchnie, przypominałem sobie chwilami własne kąty w Stryju, które przed miesiącem musieliśmy pożegnać. W naszym mieszkaniu urządziła się już jakaś ukraińska albo rosyjska rodzina. Wyobrażałem sobie obcego człowieka patrzącego przez moje okno na kwitnące w sadzie jabłonie.

Nie roztkliwiałem się jednak nad swoim losem, ani też nad gehenną ludzi, których twarzom przyglądałem się kilkakrotnie, biorąc do rąk leżące wśród śmieci zapełnione fotografiami albumy rodzinne byłych mieszkańców Marienwerder, czyli Kwidzyna. Chciałem korzystać w życia takiego, jakie było mi dane. Każdego ranka zrywałem się ochoczo z posłania, aby nie stracić niczego, co przynosił kolejny dzień.

Miałem już dość chodzenia po brudnych mieszkaniach i przyłączyłem się do grupy chłopaków, jeżdżących na hulajnogach. Bez trudu odnalazłem widziany już wcześniej w pewnej piwnicy taki dziecinny, a jednak bardzo sprawny wehikuł, wyposażony w pneumatyczne ogumienie i hamulce. Urządzaliśmy długie rajdy ze startem przy placu dworcowym i metą u podnóża góry, na której zbudowano miasto. Spokojna jazda po łagodnym początkowo spadku kilku ulic nabierała dużego tempa, gdy wjeżdżaliśmy na trasę biegnącą po stromiźnie wśród gruzowisk. Odczuwałem na przemian miły chłód stawiającego opór i rozcinanego ciałem powietrza, albo fale ciepła, nawiewanego wiatrem od strony gorących jeszcze pogorzelisk.

Po tych wyczynach wracaliśmy do domu na skróty wśród pokrytych sadzą resztek murów, powyginanych stalowych konstrukcji i zalegających ziemię ceglano-wapiennych rumowisk. Następnie pchaliśmy swoje dwukółki przez środek miasta, ustępując z drogi pędzącym po trotuarach i jezdniach watahom rowerzystów. Byli to ozdrowieńcy z sowieckich szpitali, którzy jeszcze niedawno służyli za mięso armatnie w czasie walk o Prusy Wschodnie i Pomorze. Ci roześmiani, niewiele starsi od nas młodzieńcy cieszyli się ocalonym życiem. Czynili przy tym wiele hałasu, bo koła ich „wiłkomaszyn” pozbawione były opon i dętek, spalonych może przez nich samych w kwidzyńskich sklepach i magazynach. Jeździli na gołych felgach, nie martwiąc się, że doprowadzają w ten sposób używane rowery do stanu technicznej ruiny.

Ci beztroscy ludzie dali się polubić. Niektórzy z nich przystawali, aby pogadać z polskimi chłopakami. Po tych spotkaniach nabrałem przekonania, że można zaryzykować wyprawę do położonego za pogorzeliskami zamku krzyżackiego, który bardzo mnie interesował. Poszliśmy tam z bratem i kilkoma kolegami z naszej ulicy. Widok ogromnych sal, korytarzy i krużganków wywarł na mnie silne wrażenie, ale poza samą architekturą nie dostrzegłem żadnych śladów po zakonnikach, którzy ogniem i mieczem wytępili zamieszkujących górę Quidyn Prusów i zbudowali na miejscu ich osady wspaniałą warownię z wysoką, czterdziestometrową wieżą obronną.

Jak już wspomniałem, w tym zamku mieścił się prawdopodobnie ośrodek szkolenia młodzieży z Hitlerjugend. Wiele wskazywało na to, że było to szkolenie wojskowe. Na podłogach kilku sal leżały grube warstwy propagandowych wydawnictw. Były to książki, broszury, afisze i ulotki. To wszystko przemieszano z resztkami sprzętu biwakowego z mnóstwem aluminiowych rurek, z których dało się montować konstrukcje namiotów, ale niestety nie znalazłem choćby kawałka namiotowego brezentu. Szperając pod papierzyskami, zauważyłem dwie atrakcyjne rzeczy, które uznałem za swoją własność. Był to najpierw nóż z czarną bakelitową rękojeścią. Następnie nadepnąłem na ukryty pod makulaturą długi, twardy przedmiot, który okazał się wspaniałym karabinkiem sportowym, wykonanym na wzór typowego wojskowego Mauzera.

Ten karabinek odmienił moje dotychczasowe życie. Porzuciłem dziecinną hulajnogę i zająłem się sportem strzeleckim. Jako posiadacz karabinka uczyłem się przede wszystkim odpowiedzialności za swoje czyny. Stałem się kimś ważnym nawet wśród starszych ode mnie kolegów. Decydowałem, kto i kiedy będzie mógł postrzelać. Amunicję można było znaleźć bez trudu w wielu opuszczonych przez Niemców mieszkaniach. Kilka kompletnych paczek naboi znalazłem na parapecie któregoś okna. Na stanowisko strzeleckie wybrałem wiatę stojącą na placu składowym tartaku. Celem był oddalony o około sto metrów komin cegielni, znajdującej się przy końcu naszej ulicy. Karabinek był wręcz niezawodny, ale i oczy mieliśmy dobre. Niemal po każdym naszym strzale pojawiał się u szczytu komina dobrze widoczny odprysk wykruszonej cegły. Ten komin przetrzymał jakoś naszą palbę, bo jak sprawdziłem, stoi tam nadal. Jest jednak nieczynny, bo w pomieszczeniach cegielni urządzono hurtownię różnych towarów.

Powtarzające się strzelaniny nie zwracały przez długi czas niczyjej uwagi. Dopiero, gdy zaczęto zasiedlać kamienice przy dalszej części naszej ulicy, przybiegł do nas z krzykiem jakiś zdenerwowany mężczyzna, który w sadzie pod linią naszych strzałów urządził sobie gołębnik. Przestraszyły go gwizdy pocisków lecących tuż nad dachem zrobionej przez niego budki. Dla świętego spokoju przenieśliśmy naszą strzelnicę do pobliskiego schronu przeciwlotniczego. Był to długi tunel, oszalowany grubymi, całkiem jeszcze świeżymi deskami. Do tego podziemia wchodziło się z dwóch stron. Dla bezpieczeństwa zawsze ustawialiśmy kogoś na czatach, aby nie postrzelić jakiegoś przypadkowego przybysza. Nie potrafiliśmy tylko zapobiec rozchodzeniu się na zewnątrz odgłosów wystrzałów. Usłyszał je pewnego razu, idący ulicą radziecki oficer i ruszył w naszą stronę, trzymając rękę na kaburze pistoletu. Zachowaliśmy się całkiem przytomnie. Odczekaliśmy, aż intruz zacznie wchodzić do schronu i wówczas uciekliśmy przez otwór po przeciwnej stronie.

Po tym zdarzeniu, z bólem serca oddałem swojego Mauzera dyżurnemu na posterunku Milicji Obywatelskiej, sprawiając mu tym wielką radość. Nie był to jedyny egzemplarz znalezionej przeze mnie broni. Sowiecki karabin z ułamaną kolbą porzuciłem bez żalu, ale miałem też inne jeszcze trofea. W odróżnieniu od mojego, starszego o parę lat brata Zdzisława*, wykazywałem szczególną spostrzegawczość, właściwą wszystkim dzieciom, do których się jeszcze zaliczałem. W czasie jednej z kolejnych wypraw do zamku, jak sroka wypatrzyłem wśród śmieci mały błyszczący przedmiot. Była to miniatura niklowanego rewolweru, jaką otrzymywali prawdopodobnie co znaczniejsi członkowie organizacji Hitlerjugend. Znalazłem też odpowiednią amunicję. Były to małe naboje ze śrutowymi pociskami. Mały bębenkowiec nie budził mojego zaufania. Nie miałem dość odwagi, aby oddać z niego strzał. Podobnie zachował się towarzyszący mnie i bratu Witek Dąbrowski. Wówczas Zdzichu bez słowa wziął ode mnie naładowany już rewolwerek i nacisnął kilka razy spust. Rozległy się ciche trzaski, które bardzo nas rozczarowały.

Tę rzecz też po jakimś czasie zaniosłem na komisariat milicji, bo ogłoszono właśnie, że należy zdawać wszelką, posiadaną bez zezwolenia broń. Żałuję oczywiście, że pozbyłem się tej ładnej zabawki. Postanowiłem jednak zachować dla siebie znaleziony gdzieś stary flower o sześciokątnej lufie. Brakowało w nim pazura – urządzenia do wyrzucania łusek, stanowiącego ruchomą część komory nabojowej. Sądziłem, że posiadanie tak niekompletnej broni nie powinno narazić mnie ani mojej rodziny na jakieś kłopoty. Jednak i z tym karabinkiem rozstałem się po kilku latach. Ofiarowałem go poznanemu w gimnazjum koledze o przezwisku Moryc. Jego imienia niestety nie pamiętam. Wiem, że pochodził ze wsi Korzeniewo nad Wisłą. Był zdolnym rusznikarzem-amatorem. Doprowadził flower do stanu używalności, dorabiając z kawałka mosiądzu brakującą część.




* Zdzisław Walter (1930-2013) artysta malarz i fotografik, związany z Łodzią