niedziela, 17 kwietnia 2016

Troja Północy 14)

Na ulicach odwiedzanych licznie przez sowieckich żołnierzy polską władzę reprezentował zwerbowany gdzieś pod Warszawą wiejski siłacz, który nie rozstawał się z ręcznym karabinem maszynowym. Tę poniemiecką broń z rzemieniem uwieszonym na tęgim karku podtrzymywał poziomo na wysokości brzucha. Palce jego prawej ręki zawsze znajdowały się w pobliżu spustu. Miał ciężki, powolny chód, ale mimo to wykazywał się dużą ruchliwością. Można go było często spotkać w przekazanych Polakom rejonach miasta. Zwracał na siebie uwagę nie tylko uzbrojeniem, lecz także biało-czerwoną opaską na rękawie drelichu w kolorze khaki. Głowę przykrywał wojskową furażerką, spod której spływały strużki potu, bo maj był pogodny i gorący. Chodził zawsze sam, chociaż w mieście byli jeszcze jacyś inni milicjanci. Ci woleli jednak przesiadywać w komisariacie z okratowanym oknem i drzwiami obitymi blachą.

Sowieci nie okazywali zainteresowania tym zbrojnym człowiekiem. Traktowali go jak powietrze, co można im poczytać za przejaw kurtuazji. Nieliczni jeszcze Polacy nie sprawiali mu żadnego kłopotu. Byli to przeważnie bardzo spokojni ludzie, zatroskani tym, aby przeżyć bezpiecznie każdy kolejny dzień. Obecność milicjanta z biało-czerwoną opaską na rękawie z pewnością podnosiła ich na duchu, chociaż nikt nie łudził się, że ten samotny stróż porządku publicznego mógłby zapewnić komuś skuteczną obronę. Spoglądano na niego tak, jakby był nowym wcieleniem znanego bohatera powieści Miguela de Cervantesa.

Don Kichot z Kwidzyna wybrał sobie nieodpowiedni obiekt ataku podobnie jak jego literacki poprzednik, ale nie był to wiatrak, lecz niestety człowiek. Byłem świadkiem tego żałosnego zdarzenia, bo wraz z grupką kolegów z podwórka chodziłem czasem śladami tego oryginała. Na jednej z uliczek zauważył on biegnącego z trudem starca, który najwidoczniej starał się uniknąć spotkania z groźnie wyglądającym milicjantem. Starzec wbiegł do niewielkiego domu i ukrył się. Po przejrzeniu kilku pomieszczeń Don Kichot wrócił do sieni, podniósł klapę zakrywającą wejście do piwnicy i wrzasnął: „Wyłaź sukinsynu, bo cię zastrzelę!”. Wstrzymaliśmy z wrażenia oddechy. Lufa karabinu maszynowego zawisła nad ciemnym otworem w podłodze. Po chwili ciszy posypała się seria wystrzałów. Poczuliśmy gryzący zapach dymu i ból w uszach. Po drugiej serii usłyszeliśmy jękliwy głos starego człowieka: „Nie zabijaj mnie! Ja Polak!”.

Okazało się, że był to tak zwany autochton, który wbrew niemieckiemu zarządzeniu o ewakuacji ludności postanowił poczekać w Kwidzynie na wyzwolenie. Spotkało go gorzkie rozczarowanie, podobnie jak wielu innych Polaków urodzonych na Warmii i Mazurach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz