Na ulicach odwiedzanych licznie
przez sowieckich żołnierzy polską władzę reprezentował zwerbowany gdzieś pod
Warszawą wiejski siłacz, który nie rozstawał się z ręcznym karabinem
maszynowym. Tę poniemiecką broń z rzemieniem uwieszonym na tęgim karku
podtrzymywał poziomo na wysokości brzucha. Palce jego prawej ręki zawsze
znajdowały się w pobliżu spustu. Miał ciężki, powolny chód, ale mimo to
wykazywał się dużą ruchliwością. Można go było często spotkać w przekazanych
Polakom rejonach miasta. Zwracał na siebie uwagę nie tylko uzbrojeniem, lecz
także biało-czerwoną opaską na rękawie drelichu w kolorze khaki. Głowę
przykrywał wojskową furażerką, spod której spływały strużki potu, bo maj był
pogodny i gorący. Chodził zawsze sam, chociaż w mieście byli jeszcze jacyś inni
milicjanci. Ci woleli jednak przesiadywać w komisariacie z okratowanym oknem i
drzwiami obitymi blachą.
Sowieci nie okazywali
zainteresowania tym zbrojnym człowiekiem. Traktowali go jak powietrze, co można
im poczytać za przejaw kurtuazji. Nieliczni jeszcze Polacy nie sprawiali mu
żadnego kłopotu. Byli to przeważnie bardzo spokojni ludzie, zatroskani tym, aby
przeżyć bezpiecznie każdy kolejny dzień. Obecność milicjanta z biało-czerwoną
opaską na rękawie z pewnością podnosiła ich na duchu, chociaż nikt nie łudził
się, że ten samotny stróż porządku publicznego mógłby zapewnić komuś skuteczną
obronę. Spoglądano na niego tak, jakby był nowym wcieleniem znanego bohatera
powieści Miguela de Cervantesa.
Don Kichot z Kwidzyna wybrał sobie
nieodpowiedni obiekt ataku podobnie jak jego literacki poprzednik, ale nie był
to wiatrak, lecz niestety człowiek. Byłem świadkiem tego żałosnego zdarzenia,
bo wraz z grupką kolegów z podwórka chodziłem czasem śladami tego oryginała. Na
jednej z uliczek zauważył on biegnącego z trudem starca, który najwidoczniej
starał się uniknąć spotkania z groźnie wyglądającym milicjantem. Starzec wbiegł
do niewielkiego domu i ukrył się. Po przejrzeniu kilku pomieszczeń Don Kichot
wrócił do sieni, podniósł klapę zakrywającą wejście do piwnicy i wrzasnął:
„Wyłaź sukinsynu, bo cię zastrzelę!”. Wstrzymaliśmy z wrażenia oddechy. Lufa
karabinu maszynowego zawisła nad ciemnym otworem w podłodze. Po chwili ciszy
posypała się seria wystrzałów. Poczuliśmy gryzący zapach dymu i ból w uszach.
Po drugiej serii usłyszeliśmy jękliwy głos starego człowieka: „Nie zabijaj
mnie! Ja Polak!”.
Okazało się, że był to tak zwany
autochton, który wbrew niemieckiemu zarządzeniu o ewakuacji ludności postanowił
poczekać w Kwidzynie na wyzwolenie. Spotkało go gorzkie rozczarowanie, podobnie
jak wielu innych Polaków urodzonych na Warmii i Mazurach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz