Różne myśli przychodziły mi do
głowy, gdy zaglądałem do setek opuszczonych przez Niemców mieszkań i dotykałem
pozostałych tam jeszcze rzeczy, które dla ich właścicieli mogły mieć jakąś
wartość. Patrząc na splądrowane pokoje i kuchnie, przypominałem sobie chwilami
własne kąty w Stryju, które przed miesiącem musieliśmy pożegnać. W naszym
mieszkaniu urządziła się już jakaś ukraińska albo rosyjska rodzina. Wyobrażałem
sobie obcego człowieka patrzącego przez moje okno na kwitnące w sadzie jabłonie.
Nie roztkliwiałem się jednak nad
swoim losem, ani też nad gehenną ludzi, których twarzom przyglądałem się
kilkakrotnie, biorąc do rąk leżące wśród śmieci zapełnione fotografiami albumy
rodzinne byłych mieszkańców Marienwerder, czyli Kwidzyna. Chciałem korzystać w
życia takiego, jakie było mi dane. Każdego ranka zrywałem się ochoczo z
posłania, aby nie stracić niczego, co przynosił kolejny dzień.
Miałem już dość chodzenia po
brudnych mieszkaniach i przyłączyłem się do grupy chłopaków, jeżdżących na hulajnogach.
Bez trudu odnalazłem widziany już wcześniej w pewnej piwnicy taki dziecinny, a
jednak bardzo sprawny wehikuł, wyposażony w pneumatyczne ogumienie i hamulce.
Urządzaliśmy długie rajdy ze startem przy placu dworcowym i metą u podnóża
góry, na której zbudowano miasto. Spokojna jazda po łagodnym początkowo spadku
kilku ulic nabierała dużego tempa, gdy wjeżdżaliśmy na trasę biegnącą po
stromiźnie wśród gruzowisk. Odczuwałem na przemian miły chłód stawiającego opór
i rozcinanego ciałem powietrza, albo fale ciepła, nawiewanego wiatrem od strony
gorących jeszcze pogorzelisk.
Po tych wyczynach wracaliśmy do domu
na skróty wśród pokrytych sadzą resztek murów, powyginanych stalowych
konstrukcji i zalegających ziemię ceglano-wapiennych rumowisk. Następnie pchaliśmy
swoje dwukółki przez środek miasta, ustępując z drogi pędzącym po trotuarach i
jezdniach watahom rowerzystów. Byli to ozdrowieńcy z sowieckich szpitali,
którzy jeszcze niedawno służyli za mięso armatnie w czasie walk o Prusy
Wschodnie i Pomorze. Ci roześmiani, niewiele starsi od nas młodzieńcy cieszyli
się ocalonym życiem. Czynili przy tym wiele hałasu, bo koła ich „wiłkomaszyn”
pozbawione były opon i dętek, spalonych może przez nich samych w kwidzyńskich
sklepach i magazynach. Jeździli na gołych felgach, nie martwiąc się, że
doprowadzają w ten sposób używane rowery do stanu technicznej ruiny.
Ci beztroscy ludzie dali się
polubić. Niektórzy z nich przystawali, aby pogadać z polskimi chłopakami. Po tych
spotkaniach nabrałem przekonania, że można zaryzykować wyprawę do położonego za
pogorzeliskami zamku krzyżackiego, który bardzo mnie interesował. Poszliśmy tam
z bratem i kilkoma kolegami z naszej ulicy. Widok ogromnych sal, korytarzy i
krużganków wywarł na mnie silne wrażenie, ale poza samą architekturą nie
dostrzegłem żadnych śladów po zakonnikach, którzy ogniem i mieczem wytępili
zamieszkujących górę Quidyn Prusów i zbudowali na miejscu ich osady wspaniałą
warownię z wysoką, czterdziestometrową wieżą obronną.
Jak już wspomniałem, w tym zamku
mieścił się prawdopodobnie ośrodek szkolenia młodzieży z Hitlerjugend. Wiele
wskazywało na to, że było to szkolenie wojskowe. Na podłogach kilku sal leżały
grube warstwy propagandowych wydawnictw. Były to książki, broszury, afisze i
ulotki. To wszystko przemieszano z resztkami sprzętu biwakowego z mnóstwem
aluminiowych rurek, z których dało się montować konstrukcje namiotów, ale
niestety nie znalazłem choćby kawałka namiotowego brezentu. Szperając pod
papierzyskami, zauważyłem dwie atrakcyjne rzeczy, które uznałem za swoją
własność. Był to najpierw nóż z czarną bakelitową rękojeścią. Następnie
nadepnąłem na ukryty pod makulaturą długi, twardy przedmiot, który okazał się wspaniałym
karabinkiem sportowym, wykonanym na wzór typowego wojskowego Mauzera.
Ten karabinek odmienił moje
dotychczasowe życie. Porzuciłem dziecinną hulajnogę i zająłem się sportem
strzeleckim. Jako posiadacz karabinka uczyłem się przede wszystkim odpowiedzialności
za swoje czyny. Stałem się kimś ważnym nawet wśród starszych ode mnie kolegów.
Decydowałem, kto i kiedy będzie mógł postrzelać. Amunicję można było znaleźć
bez trudu w wielu opuszczonych przez Niemców mieszkaniach. Kilka kompletnych
paczek naboi znalazłem na parapecie któregoś okna. Na stanowisko
strzeleckie wybrałem wiatę stojącą na placu składowym tartaku. Celem był
oddalony o około sto metrów komin cegielni, znajdującej się przy końcu naszej
ulicy. Karabinek był wręcz niezawodny, ale i oczy mieliśmy dobre. Niemal po
każdym naszym strzale pojawiał się u szczytu komina dobrze widoczny odprysk
wykruszonej cegły. Ten komin przetrzymał jakoś naszą palbę, bo jak sprawdziłem,
stoi tam nadal. Jest jednak nieczynny, bo w pomieszczeniach cegielni urządzono
hurtownię różnych towarów.
Powtarzające się strzelaniny nie
zwracały przez długi czas niczyjej uwagi. Dopiero, gdy zaczęto zasiedlać
kamienice przy dalszej części naszej ulicy, przybiegł do nas z krzykiem jakiś
zdenerwowany mężczyzna, który w sadzie pod linią naszych strzałów urządził
sobie gołębnik. Przestraszyły go gwizdy pocisków lecących tuż nad dachem
zrobionej przez niego budki. Dla świętego spokoju przenieśliśmy naszą
strzelnicę do pobliskiego schronu przeciwlotniczego. Był to długi tunel,
oszalowany grubymi, całkiem jeszcze świeżymi deskami. Do tego podziemia
wchodziło się z dwóch stron. Dla bezpieczeństwa zawsze ustawialiśmy kogoś na
czatach, aby nie postrzelić jakiegoś przypadkowego przybysza. Nie potrafiliśmy
tylko zapobiec rozchodzeniu się na zewnątrz odgłosów wystrzałów. Usłyszał je
pewnego razu, idący ulicą radziecki oficer i ruszył w naszą stronę, trzymając
rękę na kaburze pistoletu. Zachowaliśmy się całkiem przytomnie. Odczekaliśmy,
aż intruz zacznie wchodzić do schronu i wówczas uciekliśmy przez otwór po
przeciwnej stronie.
Po tym zdarzeniu, z bólem serca
oddałem swojego Mauzera dyżurnemu na posterunku Milicji Obywatelskiej,
sprawiając mu tym wielką radość. Nie był to jedyny egzemplarz znalezionej
przeze mnie broni. Sowiecki karabin z ułamaną kolbą porzuciłem bez żalu, ale
miałem też inne jeszcze trofea. W odróżnieniu od mojego, starszego o parę lat
brata Zdzisława*, wykazywałem szczególną spostrzegawczość, właściwą wszystkim
dzieciom, do których się jeszcze zaliczałem. W czasie jednej z kolejnych wypraw
do zamku, jak sroka wypatrzyłem wśród śmieci mały błyszczący przedmiot. Była to
miniatura niklowanego rewolweru, jaką otrzymywali prawdopodobnie co znaczniejsi
członkowie organizacji Hitlerjugend. Znalazłem też odpowiednią amunicję. Były
to małe naboje ze śrutowymi pociskami. Mały bębenkowiec nie budził mojego
zaufania. Nie miałem dość odwagi, aby oddać z niego strzał. Podobnie zachował
się towarzyszący mnie i bratu Witek Dąbrowski. Wówczas Zdzichu bez słowa wziął
ode mnie naładowany już rewolwerek i nacisnął kilka razy spust. Rozległy się
ciche trzaski, które bardzo nas rozczarowały.
Tę rzecz też po jakimś czasie
zaniosłem na komisariat milicji, bo ogłoszono właśnie, że należy zdawać
wszelką, posiadaną bez zezwolenia broń. Żałuję oczywiście, że pozbyłem się tej
ładnej zabawki. Postanowiłem jednak zachować dla siebie znaleziony gdzieś stary
flower o sześciokątnej lufie. Brakowało w nim pazura – urządzenia do wyrzucania
łusek, stanowiącego ruchomą część komory nabojowej. Sądziłem, że posiadanie tak
niekompletnej broni nie powinno narazić mnie ani mojej rodziny na jakieś
kłopoty. Jednak i z tym karabinkiem rozstałem się po kilku latach. Ofiarowałem
go poznanemu w gimnazjum koledze o przezwisku Moryc. Jego imienia niestety nie
pamiętam. Wiem, że pochodził ze wsi Korzeniewo nad Wisłą. Był zdolnym
rusznikarzem-amatorem. Doprowadził flower do stanu używalności, dorabiając z
kawałka mosiądzu brakującą część.
* Zdzisław Walter (1930-2013) artysta malarz i fotografik, związany z Łodzią