Nowo przybyli do Kwidzyna kolejarze
natychmiast zostali wciągnięci do prac porządkowych na dworcu i w magazynach
stacyjnych. Na jednej z bocznic uruchomiono kuchnię pod gołym niebem. W kilku
kotłach gotowano codziennie zupę dla pracowników oraz ich rodzin. Nasza trójka
też została zapisana na listę osób zaopatrywanych w te gorące posiłki. Była to
najczęściej zupa z brukwi. Ja i mój brat na zmianę przynosiliśmy ją do domu w
blaszance zaopatrzonej w uchwyt z drutu. Zawsze około godziny trzynastej
ustawiała się przed kotłami długa kolejka. Zorientowaliśmy się, że należy
przychodzić dość wcześnie, aby otrzymać zupę, po której pływały oczka tłuszczu.
W jednym z magazynów wykryto skład
zgliwiałego sera w proszku, zaprawionego kminkiem. Dość dużą beczułkę,
zawierającą ten pozostawiony przez Niemców preparat, otrzymał w przydziale nasz
wujek. Mieliśmy z czego robić codziennie na śniadania i kolacje całkiem smaczne
fondue, niestety, bez wina.
Z nudów zaczęliśmy wraz z bratem
penetrować puste mieszkania w kamienicach znajdujących się przy naszej ulicy,
za placem składowym tartaku. Kończyła się ona łukowatym podjazdem i krzyżowała
się z ulicą biegnącą nad torami przez ładny, stalowy most. Za tym
skrzyżowaniem, po naszej stronie torów zaczynała się część miasta zamknięta dla
Polaków. Zobaczyliśmy szlaban i uzbrojonego w karabin wartownika. Nie
wiedzieliśmy, czy wolno nam było przekraczać most, więc nie zapuszczaliśmy się
jeszcze na Zatorze. Ostrzegano nas zresztą, że włóczenie się po mieście może
być bardzo niebezpieczne.
Robiliśmy jednak swoje, to znaczy
zajmowaliśmy się wyszukiwaniem różnych interesujących nas rzeczy w pobliskich
domach. Uniknęliśmy na szczęście jakichś poważniejszych przygód, ale później
przekonałem się, że tacy niedorośli śmiałkowie jak my, nie zawsze kończyli tego
rodzaju wyprawy bez szwanku. Po rozpoczęciu roku szkolnego, na lekcji
gimnastyki, zauważyłem u jednego z kolegów dość dużą bliznę na klatce
piersiowej. Wyjaśnił mi, że jest to pamiątka po spotkaniu z młodym, sowieckim
żołnierzem w jakimś opuszczonym budynku. Żołnierz miał przy sobie niemiecki
karabin, naładowany ślepymi nabojami. Strzelił z bliskiej odległości do
niewiele młodszego od siebie Polaka. Ciało na jego piersi zostało poszarpane
drzazgami drewnianego pocisku.
Nasz duet szperaczy uległ tylko
przestraszeniu, gdy na poddaszu domku pod skarpą przy zakolu ulicy ujrzeliśmy
leżące na łóżku zwłoki. Rozsypane na poduszce obok wysuszonej czaszki pasma
długich, siwych włosów wskazywały na to, że była to mumia starej kobiety. Poduszka
i przykrywająca ciało denatki kołdra sprawiały wrażenie czystości. Również
powiewająca przy otwartym na oścież oknie firanka swoją bielą świadczyła o tym,
że staruszka za życia dbała o należyty wygląd swojego pokoju. Możliwe, że w
czasie styczniowej ewakuacji mieszkańców Kwidzyna postanowiła umrzeć we własnym
łóżku, no i spełnił się ten jej zamiar.
Do tego swoistego grobowca zaglądali
pewnie jacyś ludzie przed nami i wiele rzeczy pozabierali. Ujrzeliśmy oprócz
łóżka-katafalku tylko stolik nocny i otwartą, pustą szafę.
Po makabrycznym odkryciu wzrósł nasz
wstręt do odwiedzania pustych, splądrowanych mieszkań, ale wróciliśmy jednak na
naszą trasę. Szczególnie zainteresowała nas widziana już uprzednio małżeńska
sypialnia jakiegoś filatelisty, w której na podłodze pokrytej grubą warstwą
papierzysk i potłuczonego szkła było mnóstwo rozrzuconych znaczków pocztowych.
Przez wiele godzin wygrzebywaliśmy te znaczki ze śmieci. Była wśród nich dość
cenna – naszym zdaniem – całostka, wydana w 1920 roku z okazji plebiscytu,
który zadecydował o włączeniu Kwidzyna do granic III Rzeszy.
Pokój właściciela zbioru znaczków
był jakby kompletnie umeblowany. Znajdowały się tam dwie oszklone gablotki,
stół, krzesła oraz szerokie, podwójne łoże z ustawionymi przy wezgłowiach
szafkami nocnymi. To miejsce do spania wyglądało wręcz odrażająco, gdyż
pokrywała je skłębiona, brudna pościel. Przy jednej z szafek nocnych zalegało
podłogę kilkanaście pustych butelek po wódce i winie. Najwidoczniej ktoś
samotnie albo w jakimś towarzystwie urządził w tym łożu zamienionym w barłóg,
kilkudniową popijawę. W innych pokojach panował podobny bałagan. W kuchni,
stanowiącej kiedyś obiekt szczególnych starań pani domu, zastaliśmy prawdziwe
pobojowisko. Było tam mnóstwo potłuczonych słoików i szklanek, rozbitych
talerzy z fajansu i porcelany, porozrzucanych garnków, rondli i patelni oraz
innych sprzętów, stanowiących wyposażenie dużej kuchni.
W tym mieszkaniu przywłaszczyłem
sobie kilkaset znaczków, kryształowy kałamarz w pięknej, mosiężnej oprawie oraz
wykrytą wśród śmieci złotą szpilkę do krawata. Jest ona ozdobiona główką liska
z dwoma rubinkami imitującymi oczy.
W pracy nad rękopisem moich
wspomnień posługuję się ołówkami, ale lubię mieć przed sobą na biurku zdobyczny
kałamarz, bo ta pamiątka pomaga mi w przenoszeniu się do opisywanej,
nieistniejącej już rzeczywistości.
Inne mieszkania były dość dokładnie
ogołocone. Można się było domyślać, że przed wpuszczeniem Polaków do Kwidzyna Sowieci
wywieźli stamtąd wszelkie ruchome dobra, nawet co ładniejsze meble. Mimo to
kontynuowaliśmy z bratem nasze wędrówki, zapuszczając się z każdym dniem coraz
dalej. Postępowaliśmy metodycznie, w czym pomagał nam znaleziony gdzieś plan
miasta. Wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy odkrywcami jakiegoś nieznanego lądu.
Zakreślaliśmy niebieską kredką już poznane ulice, aby nie tracić czasu na
chodzenie tymi samymi drogami. Oczywiście penetrowaliśmy dom po domu w nadziei,
że znajdziemy coś cennego, ale wracaliśmy zwykle z pustymi rękami. Wpadłem na
pomysł, żeby przynajmniej wykręcać z oprawek żarówki. Dzięki temu przez wiele
lat oświetlaliśmy nasze kolejne mieszkania wyłącznie znakomitymi wyrobami
renomowanej firmy „Osram”.