niedziela, 27 marca 2016

Troja Północy 11)

Nowo przybyli do Kwidzyna kolejarze natychmiast zostali wciągnięci do prac porządkowych na dworcu i w magazynach stacyjnych. Na jednej z bocznic uruchomiono kuchnię pod gołym niebem. W kilku kotłach gotowano codziennie zupę dla pracowników oraz ich rodzin. Nasza trójka też została zapisana na listę osób zaopatrywanych w te gorące posiłki. Była to najczęściej zupa z brukwi. Ja i mój brat na zmianę przynosiliśmy ją do domu w blaszance zaopatrzonej w uchwyt z drutu. Zawsze około godziny trzynastej ustawiała się przed kotłami długa kolejka. Zorientowaliśmy się, że należy przychodzić dość wcześnie, aby otrzymać zupę, po której pływały oczka tłuszczu.

W jednym z magazynów wykryto skład zgliwiałego sera w proszku, zaprawionego kminkiem. Dość dużą beczułkę, zawierającą ten pozostawiony przez Niemców preparat, otrzymał w przydziale nasz wujek. Mieliśmy z czego robić codziennie na śniadania i kolacje całkiem smaczne fondue, niestety, bez wina.

Z nudów zaczęliśmy wraz z bratem penetrować puste mieszkania w kamienicach znajdujących się przy naszej ulicy, za placem składowym tartaku. Kończyła się ona łukowatym podjazdem i krzyżowała się z ulicą biegnącą nad torami przez ładny, stalowy most. Za tym skrzyżowaniem, po naszej stronie torów zaczynała się część miasta zamknięta dla Polaków. Zobaczyliśmy szlaban i uzbrojonego w karabin wartownika. Nie wiedzieliśmy, czy wolno nam było przekraczać most, więc nie zapuszczaliśmy się jeszcze na Zatorze. Ostrzegano nas zresztą, że włóczenie się po mieście może być bardzo niebezpieczne.

Robiliśmy jednak swoje, to znaczy zajmowaliśmy się wyszukiwaniem różnych interesujących nas rzeczy w pobliskich domach. Uniknęliśmy na szczęście jakichś poważniejszych przygód, ale później przekonałem się, że tacy niedorośli śmiałkowie jak my, nie zawsze kończyli tego rodzaju wyprawy bez szwanku. Po rozpoczęciu roku szkolnego, na lekcji gimnastyki, zauważyłem u jednego z kolegów dość dużą bliznę na klatce piersiowej. Wyjaśnił mi, że jest to pamiątka po spotkaniu z młodym, sowieckim żołnierzem w jakimś opuszczonym budynku. Żołnierz miał przy sobie niemiecki karabin, naładowany ślepymi nabojami. Strzelił z bliskiej odległości do niewiele młodszego od siebie Polaka. Ciało na jego piersi zostało poszarpane drzazgami drewnianego pocisku.

Nasz duet szperaczy uległ tylko przestraszeniu, gdy na poddaszu domku pod skarpą przy zakolu ulicy ujrzeliśmy leżące na łóżku zwłoki. Rozsypane na poduszce obok wysuszonej czaszki pasma długich, siwych włosów wskazywały na to, że była to mumia starej kobiety. Poduszka i przykrywająca ciało denatki kołdra sprawiały wrażenie czystości. Również powiewająca przy otwartym na oścież oknie firanka swoją bielą świadczyła o tym, że staruszka za życia dbała o należyty wygląd swojego pokoju. Możliwe, że w czasie styczniowej ewakuacji mieszkańców Kwidzyna postanowiła umrzeć we własnym łóżku, no i spełnił się ten jej zamiar.

Do tego swoistego grobowca zaglądali pewnie jacyś ludzie przed nami i wiele rzeczy pozabierali. Ujrzeliśmy oprócz łóżka-katafalku tylko stolik nocny i otwartą, pustą szafę.

Po makabrycznym odkryciu wzrósł nasz wstręt do odwiedzania pustych, splądrowanych mieszkań, ale wróciliśmy jednak na naszą trasę. Szczególnie zainteresowała nas widziana już uprzednio małżeńska sypialnia jakiegoś filatelisty, w której na podłodze pokrytej grubą warstwą papierzysk i potłuczonego szkła było mnóstwo rozrzuconych znaczków pocztowych. Przez wiele godzin wygrzebywaliśmy te znaczki ze śmieci. Była wśród nich dość cenna – naszym zdaniem – całostka, wydana w 1920 roku z okazji plebiscytu, który zadecydował o włączeniu Kwidzyna do granic III Rzeszy.

Pokój właściciela zbioru znaczków był jakby kompletnie umeblowany. Znajdowały się tam dwie oszklone gablotki, stół, krzesła oraz szerokie, podwójne łoże z ustawionymi przy wezgłowiach szafkami nocnymi. To miejsce do spania wyglądało wręcz odrażająco, gdyż pokrywała je skłębiona, brudna pościel. Przy jednej z szafek nocnych zalegało podłogę kilkanaście pustych butelek po wódce i winie. Najwidoczniej ktoś samotnie albo w jakimś towarzystwie urządził w tym łożu zamienionym w barłóg, kilkudniową popijawę. W innych pokojach panował podobny bałagan. W kuchni, stanowiącej kiedyś obiekt szczególnych starań pani domu, zastaliśmy prawdziwe pobojowisko. Było tam mnóstwo potłuczonych słoików i szklanek, rozbitych talerzy z fajansu i porcelany, porozrzucanych garnków, rondli i patelni oraz innych sprzętów, stanowiących wyposażenie dużej kuchni.

W tym mieszkaniu przywłaszczyłem sobie kilkaset znaczków, kryształowy kałamarz w pięknej, mosiężnej oprawie oraz wykrytą wśród śmieci złotą szpilkę do krawata. Jest ona ozdobiona główką liska z dwoma rubinkami imitującymi oczy.

W pracy nad rękopisem moich wspomnień posługuję się ołówkami, ale lubię mieć przed sobą na biurku zdobyczny kałamarz, bo ta pamiątka pomaga mi w przenoszeniu się do opisywanej, nieistniejącej już rzeczywistości.

Inne mieszkania były dość dokładnie ogołocone. Można się było domyślać, że przed wpuszczeniem Polaków do Kwidzyna Sowieci wywieźli stamtąd wszelkie ruchome dobra, nawet co ładniejsze meble. Mimo to kontynuowaliśmy z bratem nasze wędrówki, zapuszczając się z każdym dniem coraz dalej. Postępowaliśmy metodycznie, w czym pomagał nam znaleziony gdzieś plan miasta. Wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy odkrywcami jakiegoś nieznanego lądu. Zakreślaliśmy niebieską kredką już poznane ulice, aby nie tracić czasu na chodzenie tymi samymi drogami. Oczywiście penetrowaliśmy dom po domu w nadziei, że znajdziemy coś cennego, ale wracaliśmy zwykle z pustymi rękami. Wpadłem na pomysł, żeby przynajmniej wykręcać z oprawek żarówki. Dzięki temu przez wiele lat oświetlaliśmy nasze kolejne mieszkania wyłącznie znakomitymi wyrobami renomowanej firmy „Osram”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz