niedziela, 20 marca 2016

Troja Północy 10)

Pionierskim szlakiem

Opuszczając wraz z matką i bratem Galicję Wschodnią, pocieszałem się w mojej dziecięcej naiwności, że w nowym miejscu zamieszkania, nie będę musiał spotykać Sowietów. Zatrzymaliśmy się na miesiąc przy rodzinie zasiedziałej w Bochni pod Krakowem.

Tam ani razu nie ujrzałem sowieckiego sołdata, ale żołnierze w brudnozielonych drelichach, wciąż byli przy mnie obecni jak widma. Okropne historie opowiadały o nich kobiety, powracające z handlowych podróży na targowiska urządzone spontanicznie we Wrocławiu i w innych miastach ziem zachodnich. Mówiły o gwałtach i rabunkach, ale też i o tym, że na zachodzie było wiele bezpańskich mieszkań. Nas zainteresowały te mieszkania, bo sypialiśmy w użyczonej nam przez kogoś wilgotnej komórce, ulepionej z kamieni i gliny.

Stało się oczywiste, że będziemy musieli ruszyć na zachód w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Moja matka zdecydowała się na tę niebezpieczną wyprawę pod warunkiem, że pojedziemy razem z jej siostrą i szwagrem do Kwidzyna. Ten prawnik z wykształcenia został, nie wiadomo dlaczego, uznany przez Urząd Repatriacyjny za kolejarza. Skierowano go wraz z rodziną do tego miasta w Prusach Wschodnich. Sowieckie wojska przekazały tam polskim władzom stację kolejową, którą należało natychmiast obsadzić pracownikami. Z tego właśnie powodu znalazłem się wśród mrowia żołnierzy i oficerów Armii Czerwonej, jakiego nigdy przedtem w takim natężeniu nie spotkałem.

Miałem więc pecha, bo pod tym względem w moim nowym środowisku było gorzej niż w Galicji Wschodniej. Wydawało się, że lepsze od Kwidzyna byłoby każde inne miasto na terenach ziem północnych i zachodnich, ale znękani długą i męczącą podróżą poddaliśmy się wyrokowi losu. Już podczas przeprawy przez Wisłę, przejeżdżając po zbudowanym przez wojsko drewnianym moście, mogliśmy się zorientować, że Sowieci przygotowali na nasze powitanie koszmarny fajerwerk. Ujrzeliśmy szeroki i wysoki stok góry, na której wśród ruin wielu domów, błyskały języki dopalającego się ognia. Nad tym obrazem zniszczenia unosiły się kłęby dymu. Był to cel naszej podróży.

Wraz z nami wysiadło z wagonów na zadymionej stacji sporo kolejarskich rodzin. Całą grupę osiedleńców zebrano w dworcowym holu i pouczono, że dla zachowania bezpieczeństwa należy zajmować budynki położone najbliżej działającego już posterunku Straży Ochrony Kolei. Po wysłuchaniu tej informacji wystraszeni ludzie ruszyli do wyścigu, w którym stawką były mieszkania w pierwszych z kraju budynkach. Co sprytniejsi wybierali kondygnacje ponad poziomem parterów. Nam przypadły w udziale dwa mieszkania parterowe, w najdalej od stacji położonej kamienicy, za którą rozciągał się szeroki, porośnięty chwastami i dzikim bzem plac składowy nieczynnego tartaku. Obawialiśmy się, że stamtąd mogą w każdej chwili podejść pod nasze okna i drzwi jacyś rabusie albo mordercy, ale nie było aż tak źle.

Ponieważ przyjechaliśmy do Kwidzyna z ręcznym tylko bagażem, matka musiała dołożyć wielu starań, aby urządzić nam jakieś legowiska. Było o tyle dobrze, iż w mieszkaniu zastaliśmy siatki do łóżek i materace, przygotowane chyba przez jakąś pionierską grupę kolejarzy. W nocy napadły na nas tylko bataliony wygłodzonych pluskiew, które czekały na rozpoczęcie ataku w ukryciu pod tapetami. Później rozeszły się wieści, że prawie wszystkie kwidzyńskie mieszkania były zapluskwione. Wynikałoby z tego, że hitlerowscy chemicy, lepiej sobie poradzili z uruchomieniem produkcji Cyklonu B, niż z wynalezieniem jakiegoś skutecznego środka do wytrucia pluskiew. Plagę tych insektów zwalczyliśmy dość szybko dzięki zastosowaniu amerykańskiego wynalazku, jakim było osławione DDT.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz