Pionierskim szlakiem
Opuszczając wraz z matką i bratem
Galicję Wschodnią, pocieszałem się w mojej dziecięcej naiwności, że w nowym
miejscu zamieszkania, nie będę musiał spotykać Sowietów. Zatrzymaliśmy się na
miesiąc przy rodzinie zasiedziałej w Bochni pod Krakowem.
Tam ani razu nie ujrzałem
sowieckiego sołdata, ale żołnierze w brudnozielonych drelichach, wciąż byli
przy mnie obecni jak widma. Okropne historie opowiadały o nich kobiety,
powracające z handlowych podróży na targowiska urządzone spontanicznie we
Wrocławiu i w innych miastach ziem zachodnich. Mówiły o gwałtach i rabunkach,
ale też i o tym, że na zachodzie było wiele bezpańskich mieszkań. Nas zainteresowały
te mieszkania, bo sypialiśmy w użyczonej nam przez kogoś wilgotnej komórce,
ulepionej z kamieni i gliny.
Stało się oczywiste, że będziemy
musieli ruszyć na zachód w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Moja matka
zdecydowała się na tę niebezpieczną wyprawę pod warunkiem, że pojedziemy razem
z jej siostrą i szwagrem do Kwidzyna. Ten prawnik z wykształcenia został, nie
wiadomo dlaczego, uznany przez Urząd Repatriacyjny za kolejarza. Skierowano go
wraz z rodziną do tego miasta w Prusach Wschodnich. Sowieckie wojska przekazały
tam polskim władzom stację kolejową, którą należało natychmiast obsadzić
pracownikami. Z tego właśnie powodu znalazłem się wśród mrowia żołnierzy i
oficerów Armii Czerwonej, jakiego nigdy przedtem w takim natężeniu nie
spotkałem.
Miałem więc pecha, bo pod tym
względem w moim nowym środowisku było gorzej niż w Galicji Wschodniej. Wydawało
się, że lepsze od Kwidzyna byłoby każde inne miasto na terenach ziem północnych
i zachodnich, ale znękani długą i męczącą podróżą poddaliśmy się wyrokowi losu.
Już podczas przeprawy przez Wisłę, przejeżdżając po zbudowanym przez wojsko
drewnianym moście, mogliśmy się zorientować, że Sowieci przygotowali na nasze
powitanie koszmarny fajerwerk. Ujrzeliśmy szeroki i wysoki stok góry, na której
wśród ruin wielu domów, błyskały języki dopalającego się ognia. Nad tym obrazem
zniszczenia unosiły się kłęby dymu. Był to cel naszej podróży.
Wraz z nami wysiadło z wagonów na
zadymionej stacji sporo kolejarskich rodzin. Całą grupę osiedleńców zebrano w
dworcowym holu i pouczono, że dla zachowania bezpieczeństwa należy zajmować
budynki położone najbliżej działającego już posterunku Straży Ochrony Kolei. Po
wysłuchaniu tej informacji wystraszeni ludzie ruszyli do wyścigu, w którym
stawką były mieszkania w pierwszych z kraju budynkach. Co sprytniejsi wybierali
kondygnacje ponad poziomem parterów. Nam przypadły w udziale dwa mieszkania
parterowe, w najdalej od stacji położonej kamienicy, za którą rozciągał się
szeroki, porośnięty chwastami i dzikim bzem plac składowy nieczynnego tartaku.
Obawialiśmy się, że stamtąd mogą w każdej chwili podejść pod nasze okna i drzwi
jacyś rabusie albo mordercy, ale nie było aż tak źle.
Ponieważ przyjechaliśmy do Kwidzyna
z ręcznym tylko bagażem, matka musiała dołożyć wielu starań, aby urządzić nam
jakieś legowiska. Było o tyle dobrze, iż w mieszkaniu zastaliśmy siatki do
łóżek i materace, przygotowane chyba przez jakąś pionierską grupę kolejarzy. W
nocy napadły na nas tylko bataliony wygłodzonych pluskiew, które czekały na
rozpoczęcie ataku w ukryciu pod tapetami. Później rozeszły się wieści, że
prawie wszystkie kwidzyńskie mieszkania były zapluskwione. Wynikałoby z tego,
że hitlerowscy chemicy, lepiej sobie poradzili z uruchomieniem produkcji
Cyklonu B, niż z wynalezieniem jakiegoś skutecznego środka do wytrucia
pluskiew. Plagę tych insektów zwalczyliśmy dość szybko dzięki zastosowaniu
amerykańskiego wynalazku, jakim było osławione DDT.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz