Kwidzyń ujrzałem po raz pierwszy na
początku maja 1945 roku, gdy szkielety spalonych domów były jeszcze gorące.
Niewiele wiedziałem o ludziach, ale o Sowietach miałem już wyrobione zdanie.
To, że spalili dużo zdatnych do użytku domów wcale mnie nie zdziwiło, bo
wcześniej, jako chłopak wychowany w Galicji Wschodniej, zetknąłem się z ich
zbrodniczą działalnością. Były to wywózki całych rodzin na Sybir oraz dokonane
w więzieniach masowe morderstwa, których celem była eliminacja polskiej inteligencji.
Później, w czasie niemieckiej okupacji, obejrzałem serię reportaży filmowych,
ukazujących lasek katyński po odkryciu w nim dołów ze zwłokami tysięcy polskich
oficerów, rozstrzelanych przez funkcjonariuszy NKWD. Chadzałem ukradkiem do
kina, w którym wyświetlano zestawy kronik z komentarzami w języku polskim.
Każdy seans zaczynał się od dźwięku
silnie brzmiącego gongu i wypowiadanego przez lektora zdania: „Pamiętaj o zbrodni w lasku pod Katyniem!”.
Zdawałem sobie sprawę, że uczęszczanie do niemieckiego kina było moim
wykroczeniem przeciwko obowiązującym Polaka zasadom, ale niech ten grzech
dzieciństwa będzie mi wybaczony, bo popełniając go, dowiedziałem się bardzo
wcześnie o czymś, co dopiero po upadku Związku Radzieckiego, zostało oficjalnie
potwierdzone przez władze Rosji.
Mogłoby się wydawać, że w porównaniu
z Katyniem i jatkami dokonanymi przez Sowietów w galicyjskich więzieniach,
przeprowadzona przez nich później akcja palenia miast i wsi, przekazywanych
Polakom na ziemiach nad Bałtykiem, Odrą i Nysą, nie miała żadnego znaczenia.
Uważam jednak, że był to jeden ciąg powiązanych ze sobą zdarzeń. Po fizycznej
likwidacji dziesiątków tysięcy wykształconych ludzi, której celem było „ubezhołowienie” czyli „odgłowienie”
polskiego społeczeństwa, nastąpiła kolejna faza zniewalania naszego narodu w
nieco innym, ale też drastycznym wydaniu. Sowieci przewidzieli, że podpalenia
dokonane przez nich na ziemiach zachodnich i północnych, nie spotkają się z
otwartymi protestami z naszej strony, chociaż był to jawny rozbój. W ten sposób
zadano nam nie tylko cios gospodarczy, lecz także założono knebel na usta
milionom Polaków, których tam przesiedlano. O skutecznym działaniu tego
perfidnego zabiegu świadczy dość obfity dorobek literacki tak zwanych pisarzy
ziem zachodnich i północnych, którzy w tworzonych na polityczne zamówienie
powieściach i opowiadaniach, z reguły unikali tematu pożarów, a jeśli któryś z
tych autorów napomknął o podpaleniu jednego, czy kilku domów, to zaznaczał, że
nie wiadomo, kto to uczynił, albo obarczał winą za ten czyn mitycznych …
szabrowników.
Jedna z czołowych pisarek tego
popieranego przez państwo nurtu literatury, Anna Kowalska, w swoich Opowieściach wrocławskich rozwiązała we
własnym mniemaniu ten kłopotliwy problem jednym zdaniem: „Nowi wrocławianie, gdy są między sobą, wyznają, że znudziło im się
słuchać ciągłych wspomnień o gaszeniu pożarów, zwłaszcza, że owo gaszenie
dawało pewne rekompensaty, bo przecież nie wszystko ocalało dla powszechności z
tego, co zostało wydarte ogniowi.”
Sam już zaczynam się zastanawiać,
czy nie popełniam politycznej gafy, wypominając Sowietom, a więc głównie
Rosjanom, wywołane przez nich w naszym kraju pożogi. Obawiam się, że mogę też
być posądzony o zbyt emocjonalny stosunek do tej starej już, bądź co bądź,
sprawy.
Na koleżeńskim zjeździe w Kwidzynie,
nikt z jego uczestników słowem nie wspomniał o ruinach i zgliszczach, na które
patrzyliśmy przez dość długi czas, niemal codziennie, jako uczniowie gimnazjum
i liceum. Zwątpiłem więc, czy warto nadal poświęcać swoją uwagę niegdysiejszym
pożarom. Minął już bez mała rok od naszego kwidzyńskiego spotkania i dopiero
teraz ruszyłem z zaplanowaną robotą. Skłoniła mnie do tego przypadkowa rozmowa
z człowiekiem, który jako kilkunastolatek zamieszkał wraz z rodzicami w
częściowo spalonej wsi Biała na Wyżynie Ińskiej. Jest to rolnik – rencista, pan
Władysław Tracz. Zanotowałem jego wypowiedź: „W naszej wsi stał oddział radzieckich wojsk rakietowych, wyposażonych w
katiusze. Jego żołnierze spalili niektóre budynki, gdy wyruszali w dalszą drogę
na zachód. Podobnie postąpili żołnierze oddziału artylerii przeciwlotniczej,
stacjonującego w sąsiedniej wsi Kozy. Tam spłonął pałac, ale nie oszczędzono
też kilku zwykłych domostw. Świadkami tych pożarów byli niemieccy mieszkańcy,
których dopiero później wysiedlono. Wielu z nich odwiedza teraz naszą wieś i
zadaje nam pytanie, czy wiemy, kto w 1945 roku spalił domy w Białej i Kozach.
Oczywiście wiemy i nie możemy się pogodzić z tym, że o takich zbrodniczych
podpaleniach nic się w naszym kraju nie mówi.”
(cdn.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz