Porównania
Oglądając z panem Traczem resztki
fundamentów i kamiennych ogrodzeń domów, spalonych przez sowieckich
artylerzystów, we wsi Biała, przypomniałem sobie inną wieś, położoną niedaleko
Kluczborka. Jest to Krzywizna, w której w 1948 roku spędziłem część letnich
wakacji, jako gość moich dziadków. Obok zajętego przez nich, dość lichego domu,
stał wśród drzew sadu szkielet spalonej willi.
Nie uwolniłem się więc od widoku
pogorzelisk i rumowisk nawet w tym wiejskim zakątku, ale naprawdę przerażające
ślady wojennych i powojennych zniszczeń, ujrzałem owego lata we Wrocławiu.
Przebywałem tam przez kilka tygodni u moich krewnych, którzy po opuszczeniu
Lwowa, osiedlili się jak wielu innych lwowiaków w tym dużym mieście.
Zamieszkali w kamienicy przy ulicy Szczytnickiej. Lubiłem chodzić na spacery z
ich psem Miśkiem, reprezentującym – zdaniem mojego wujka – rasę owczarków
tatarskich. Gdyby ten duży, kudłaty zwierzak, nie miał jednolicie brązowej
sierści, to swoją budową mógłby przypominać bernardyna. Różnił się też od tych
dobrotliwych psów-ratowników bardzo ostrym temperamentem. Egzamin z waleczności
zdał jeszcze we Lwowie, gdy na pilnowany przez niego dom, napadło dwóch
rabusiów w mundurach sowieckich żołnierzy. Został postrzelony przez jednego z
nich, ale jakoś przeżył i wrócił do formy. We Wrocławiu z upodobaniem polował
na szczury, grasujące wśród ruin, zalegających duży teren między ulicą
Szczytnicką a mostem Grunwaldzkim. W czasie wspólnych spacerów Misiek zapewniał
mi poczucie bezpieczeństwa. Nie obawiałem się ani przeganianych przez niego
szczurów ani też czających się wśród rumowisk bandziorów, którzy samotnym
przechodniom „sprzedawali” cegły na sztuki.
Wiedziałem, że tam właśnie mój
dziadek, w czasie jednej ze swoich wizyt we Wrocławiu, oddał za cegłę płaszcz,
czapkę, garnitur i buty. Zrobił kiepski interes, ale to nie jest takie
oczywiste, bo mógł ponieść jeszcze większe straty, gdyby się okazał nadmiernie
małostkowym kontrahentem. Najważniejsze było to, że ocalił skórę. Zmarzł wprawdzie
srodze, bo zdarzyło się to w styczniu przy siarczystym mrozie. Do rachunku
można jeszcze dodać jego straty moralne, bo mając na sobie tylko koszulę i
kalesony, musiał wykonać streaking na dość ludnej ulicy Szczytnickiej i jakoś
wytłumaczyć zięciowi i córce oraz zdumionym wnukom, dlaczego zjawił się w ich
domu w niekompletnym stroju.
Ten mieszkaniec spokojnej wsi,
wyobrażał sobie początkowo, że gruzy to nic strasznego. W Krzywiźnie codziennie
przyglądał się z okien swojego domu widocznemu za płotem pogorzelisku.
Zgliszcza zarastały chwastami i nic się poza tym nie działo w obrębie
opustoszałego siedliska. Dopiero w czasie wypadu do Wrocławia mój dziadek,
zorientował się, że większa liczba wypalonych domów, stwarza w sumie
niebezpieczeństwa, których się wcześniej nie spodziewał.
Miałem się na baczności, gdy w 1953
roku, rozpocząłem studia we Wrocławiu i codziennie w drodze na uniwersytet,
przemierzałem dużą połać gruzowisk. Zalegały one teren między ulicą Szczytnicką
a rejonem katedry, znajdującym się na moim szlaku. Mijane przeze mnie
rumowiska, tworzyły niesamowity, jakby księżycowy krajobraz. Wolna od gruzów
była tylko jezdnia. Należało iść jej środkiem, aby nie narazić się na
niespodziewany kontakt z jakimś agresywnym wydrwigroszem.
Podobnie jak wielu moich rówieśników,
żyjących na ziemiach zachodnich i północnych, przez całą moją młodość, a także
w wieku późniejszym, poruszałem się często wśród scenerii zgliszcz, które były
nie tylko pozostałością działań wojennych, lecz także wzniecanych po wojnie
pożarów. Z widokiem gruzów i szkieletów wypalonych domów spotkałem się jeszcze
w 1965 roku, gdy z uporządkowanego już jako tako Wrocławia, przeniosłem się do
Szczecina. W tym mieście z dużym opóźnieniem przystąpiono do odbudowy.
Spotykało się gruzowiska, z których czerpano materiał do produkcji bloczków i
płyt budowlanych. Zdążyłem jeszcze wziąć udział w czynie społecznym przy
odbudowie zniszczonego przez Sowietów, Zamku Książąt Pomorskich. Jak mi
wiadomo, dla osiągnięcia tego celu posłużyli się oni dynamitem i podpałką,
podłożoną pod niektóre części tej historycznej budowli. Przy odnowionej wieży
zamku jest strop, na który własnoręcznie wylałem kilka taczek betonu.
W porównaniu z Wrocławiem i
Szczecinem, Kwidzyn w zadziwiająco krótkim czasie został oczyszczony z gruzowisk.
Ten pośpiech mógł być podyktowany jakimiś specjalnymi względami, bo osobiście
zamieszany (moim zdaniem) w sprawę podpalenia tego miasta marszałek Konstanty
Rokossowski, wciąż pozostawał w Polsce. Jak wiadomo, początkowo był on
głównodowodzącym Północnej Grupy Wojsk Radzieckich, a od 1949 roku pełnił
funkcję ministra obrony narodowej w randze marszałka Polski. Był też
wicepremierem oraz członkiem KC i Biura Politycznego KC PZPR.
(cdn.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz