niedziela, 13 marca 2016

Troja Północy 9)


Porównania

Oglądając z panem Traczem resztki fundamentów i kamiennych ogrodzeń domów, spalonych przez sowieckich artylerzystów, we wsi Biała, przypomniałem sobie inną wieś, położoną niedaleko Kluczborka. Jest to Krzywizna, w której w 1948 roku spędziłem część letnich wakacji, jako gość moich dziadków. Obok zajętego przez nich, dość lichego domu, stał wśród drzew sadu szkielet spalonej willi.

Nie uwolniłem się więc od widoku pogorzelisk i rumowisk nawet w tym wiejskim zakątku, ale naprawdę przerażające ślady wojennych i powojennych zniszczeń, ujrzałem owego lata we Wrocławiu. Przebywałem tam przez kilka tygodni u moich krewnych, którzy po opuszczeniu Lwowa, osiedlili się jak wielu innych lwowiaków w tym dużym mieście. Zamieszkali w kamienicy przy ulicy Szczytnickiej. Lubiłem chodzić na spacery z ich psem Miśkiem, reprezentującym – zdaniem mojego wujka – rasę owczarków tatarskich. Gdyby ten duży, kudłaty zwierzak, nie miał jednolicie brązowej sierści, to swoją budową mógłby przypominać bernardyna. Różnił się też od tych dobrotliwych psów-ratowników bardzo ostrym temperamentem. Egzamin z waleczności zdał jeszcze we Lwowie, gdy na pilnowany przez niego dom, napadło dwóch rabusiów w mundurach sowieckich żołnierzy. Został postrzelony przez jednego z nich, ale jakoś przeżył i wrócił do formy. We Wrocławiu z upodobaniem polował na szczury, grasujące wśród ruin, zalegających duży teren między ulicą Szczytnicką a mostem Grunwaldzkim. W czasie wspólnych spacerów Misiek zapewniał mi poczucie bezpieczeństwa. Nie obawiałem się ani przeganianych przez niego szczurów ani też czających się wśród rumowisk bandziorów, którzy samotnym przechodniom „sprzedawali” cegły na sztuki.

Wiedziałem, że tam właśnie mój dziadek, w czasie jednej ze swoich wizyt we Wrocławiu, oddał za cegłę płaszcz, czapkę, garnitur i buty. Zrobił kiepski interes, ale to nie jest takie oczywiste, bo mógł ponieść jeszcze większe straty, gdyby się okazał nadmiernie małostkowym kontrahentem. Najważniejsze było to, że ocalił skórę. Zmarzł wprawdzie srodze, bo zdarzyło się to w styczniu przy siarczystym mrozie. Do rachunku można jeszcze dodać jego straty moralne, bo mając na sobie tylko koszulę i kalesony, musiał wykonać streaking na dość ludnej ulicy Szczytnickiej i jakoś wytłumaczyć zięciowi i córce oraz zdumionym wnukom, dlaczego zjawił się w ich domu w niekompletnym stroju.

Ten mieszkaniec spokojnej wsi, wyobrażał sobie początkowo, że gruzy to nic strasznego. W Krzywiźnie codziennie przyglądał się z okien swojego domu widocznemu za płotem pogorzelisku. Zgliszcza zarastały chwastami i nic się poza tym nie działo w obrębie opustoszałego siedliska. Dopiero w czasie wypadu do Wrocławia mój dziadek, zorientował się, że większa liczba wypalonych domów, stwarza w sumie niebezpieczeństwa, których się wcześniej nie spodziewał.

Miałem się na baczności, gdy w 1953 roku, rozpocząłem studia we Wrocławiu i codziennie w drodze na uniwersytet, przemierzałem dużą połać gruzowisk. Zalegały one teren między ulicą Szczytnicką a rejonem katedry, znajdującym się na moim szlaku. Mijane przeze mnie rumowiska, tworzyły niesamowity, jakby księżycowy krajobraz. Wolna od gruzów była tylko jezdnia. Należało iść jej środkiem, aby nie narazić się na niespodziewany kontakt z jakimś agresywnym wydrwigroszem.

Podobnie jak wielu moich rówieśników, żyjących na ziemiach zachodnich i północnych, przez całą moją młodość, a także w wieku późniejszym, poruszałem się często wśród scenerii zgliszcz, które były nie tylko pozostałością działań wojennych, lecz także wzniecanych po wojnie pożarów. Z widokiem gruzów i szkieletów wypalonych domów spotkałem się jeszcze w 1965 roku, gdy z uporządkowanego już jako tako Wrocławia, przeniosłem się do Szczecina. W tym mieście z dużym opóźnieniem przystąpiono do odbudowy. Spotykało się gruzowiska, z których czerpano materiał do produkcji bloczków i płyt budowlanych. Zdążyłem jeszcze wziąć udział w czynie społecznym przy odbudowie zniszczonego przez Sowietów, Zamku Książąt Pomorskich. Jak mi wiadomo, dla osiągnięcia tego celu posłużyli się oni dynamitem i podpałką, podłożoną pod niektóre części tej historycznej budowli. Przy odnowionej wieży zamku jest strop, na który własnoręcznie wylałem kilka taczek betonu.

W porównaniu z Wrocławiem i Szczecinem, Kwidzyn w zadziwiająco krótkim czasie został oczyszczony z gruzowisk. Ten pośpiech mógł być podyktowany jakimiś specjalnymi względami, bo osobiście zamieszany (moim zdaniem) w sprawę podpalenia tego miasta marszałek Konstanty Rokossowski, wciąż pozostawał w Polsce. Jak wiadomo, początkowo był on głównodowodzącym Północnej Grupy Wojsk Radzieckich, a od 1949 roku pełnił funkcję ministra obrony narodowej w randze marszałka Polski. Był też wicepremierem oraz członkiem KC i Biura Politycznego KC PZPR.

 (cdn.)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz