Witek postanowił poprawić
swój naiwnie nadszarpnięty image, twierdząc, że był naocznym świadkiem
wznieconego przez Sowietów pożaru miasta. Aby wzmocnić wywierane na mnie
wrażenie, zastosował technikę reportażu, co – jak sądzę – było powtórzeniem
opowieści jego ojca Aleksandra, który prawdopodobnie był nie tylko świadkiem
pożogi, ale także uczestnikiem zorganizowanej przez pierwszych polskich
osiedleńców akcji przeciwpożarowej. Mógł opowiadać o tym z talentem, gdyż
był z zawodu dziennikarzem. Przed wojną pracował w pisemku „Wróble na
dachu“. Nie ręczę za wiarygodność tego byłego periodyku. Wydaje się jednak, że
to czego się dowiedziałem od Witka, nie powinno budzić wątpliwości.
Bezrobotny redaktor
przyłączył się do ekipy, która przejmowała Kwidzyn od sowieckiej komendantury.
Zdecydował się na ten krok chyba dlatego, że nie widział przed sobą lepszych
perspektyw w razie pozostania wraz z żoną i synem w skromnym domku w
Komorowie pod zrujnowaną Warszawą. W Kwidzynie zajął piękne, trzypokojowe mieszkanie
i znalazł ciekawe zatrudnienie jako działacz polityczny i gospodarczy. Założył
komitet Polskiej Partii Socjalistycznej, wybierając na jego siedzibę budynek
hotelowy. Na frontowej ścianie byłego hotelu, pojawił się duży czerwony szyld
czy też transparent, co miało chyba budzić respekt wśród pozostających jeszcze
przez długi czas w mieście różnych przedstawicieli wojsk sowieckich. Pan
Aleksander Dąbrowski przystąpił też do organizowania Powszechnych Spółdzielni
Spożywców, otwierając pierwszy sklep tej handlowej organizacji w parterowym
lokaliku, znajdującym się tuż pod podłogą swojego mieszkania. W tym sklepie
zatrudnił żonę, a wkrótce znalazła tam też zatrudnienie moja matka, która znała
się na handlu o tyle, że w czasie niemieckiej okupacji sprzedawała ukraińskim
chłopom, szmuglowany przez znajomego kolejarza tytoń. W Kwidzynie od razu
zdobyła sobie opinię zdolnej i uczciwej pracownicy.
Ten sklep nadal funkcjonuje,
chociaż znajdujące się na jego wystawie towary są ładniej opakowane niż te,
które można było kupić w 1945 roku. Zerknąłem do wnętrza lokaliku, ale w moim
odczuciu wyglądał zupełnie obco. Więcej wrażeń dostarczyła mi klatka schodowa,
którą jako częsty gość Witka, wielokrotnie przemierzałem. Dotknąłem ręką
drewnianej poręczy, tak jak czyniłem to dawniej i stanąłem przed drzwiami
zajmującymi całą szerokość podestu schodów. Te drzwi otwierały się kiedyś
przede mną po każdym naciśnięciu dzwonka. Miałem ochotę powtórzyć ten gest, ale
opadła mi ręka. Pomyślałem, że za tymi drzwiami Witek przeżył godziny
niesamowitej trwogi, gdy w pobliżu jego domu rozszalała się burza ognia.
Po dojściu do następnego
skrzyżowania, skręciłem w ulicę, przy której znajduje się najbardziej luksusowa
w mieście willa, zbudowana przed wojną przez miejscowego bankiera. Ten bogacz
stał się nagle uchodźcą, tak jak wszyscy niemieccy mieszkańcy. Zauważyłem na
jego pięknym budynku szyld jakiegoś podrzędnego biura magistrackiego. Pamiętam,
że sowiecka komendantura, przydzieliła w 1945 roku tę rezydencję pierwszemu
burmistrzowi Kwidzyna, panu Chmielewskiemu. Przygarnął on na pewien czas
bezdomną szwagierkę ze zrujnowanej Warszawy oraz swojego bratanka, Andrzeja,
z którym przy jakiejś okazji nawiązałem koleżeńskie stosunki. Bywałem
czasem w zamieszkiwanym przez niego domu. Powiedział mi kiedyś z dozą źle
ukrywanego snobizmu, że chodzimy po pokojach, które jeszcze niedawno zajmował
marszałek Związku Radzieckiego, Konstanty Rokossowski, jeden
z najsławniejszych dowódców, zasłużonych w walkach z hitlerowskimi
wojskami. Powtórzył zasłyszany od wujka banał, ale muszę przyznać, że ta
informacja jakoś mnie poruszyła. Od tego momentu przyglądałem się ze zwiększoną
uwagą pokazywanym mi pomieszczeniom, chociaż panowały w nich na ogół
przeraźliwe pustki. Doszedłem do wniosku, że poprzedni lokator prawdopodobnie
przywłaszczył sobie, znajdujące się tam meble. W jednym z największych
pokoi znajdował się tylko niewielki stolik z maszyną do pisania. Trochę
lepiej przedstawiało się urządzenie gabinetu pana Chmielewskiego, składające
się z biurka, krzesła, dwóch skórzanych foteli i dość ładnej lampy
stojącej. Wszędzie brakowało dywanów na podłogach, ale przynajmniej parkiety
lśniły czystością, co należało chyba przypisać staraniom jakiejś
wykwalifikowanej sprzątaczki magistrackiej. Przyjemne wrażenie sprawiały też
zawieszone przy ogromnych oknach firany z jakiegoś lekkiego, prawie
przezroczystego materiału. Jedną z nich odsuwaliśmy, aby wyjść na taras i
spojrzeć na znajdujący się w ogrodzie basen kąpielowy. Ubolewaliśmy, że zamiast
wody wypełniały go jakieś pogruchotane sprzęty i śmieci, wyrzucone tam pewnie
przez służbę Rokossowskiego.
Najchętniej stawałem przy
maszynie do pisania i naciskałem wybierane klawisze. Z takim urządzeniem
nie miałem wcześniej do czynienia i zostałem nim jakoś dziwnie oczarowany,
jakbym przeczuwał, że w przyszłości tego rodzaju rzecz stanie się moim
narzędziem pracy. Nie pomyślałem jednak, że zechcę kiedyś napisać cokolwiek o
Rokossowskim, mimo, że wszedłem właśnie na tropy tego niewątpliwie wybitnego
człowieka. W moim ówczesnym mniemaniu ta postać była uosobieniem wszelkiego
zła, które spadło na Polskę od Wschodu.