niedziela, 17 stycznia 2016

Troja Północy 1)

W Kwidzynie przeżyłem swoje lata gimnazjalno-licealne. Później odwiedzałem to miasto tylko w przypadkach, gdy zmuszał mnie do tego jakiś ważny powód. Przed dwudziestu laty był to pogrzeb matki. Później ze dwa razy złożyłem wizytę mojej przyrodniej siostrze, która nie potrafiła zerwać z tym miastem, chociaż miała na to ochotę.

Ostatnio dałem się namówić pewnemu poznaniakowi do wzięcia udziału w organizowanym w Kwidzynie, koleżeńskim zjeździe z okazji 45-lecia egzaminu maturalnego uczennic i uczniów klas naszego rocznika. Nigdy przedtem nie uczestniczyłem w zjazdach tej towarzyskiej grupy i jeśli zgodziłem się wreszcie na spotkanie z owymi podstarzałymi, niby znajomymi ludźmi, to z pewnością nie zadecydowały o tym jakieś spóźnione sentymenty. Chciałem wydobyć z nich jak najwięcej informacji o Kwidzynie naszej młodości, bo postanowiłem napisać coś o tym, nie istniejącym już w zasadzie, mieście.

Do Kwidzyna przyjechałem na dzień przed ustalonym terminem zjazdu, aby mieć trochę czasu na odwiedzenie kilku miejsc, które mają dla mnie szczególne znaczenie. Udałem się przede wszystkim na tereny spalonej przez Sowietów części miasta. Jest tam jeszcze trochę pustych przestrzeni, które oczyszczono z rumowisk i gruzu w pierwszych powojennych latach. Teraz rośnie na nich trawka, jak na podmiejskich łąkach. Wśród tej zieleni spotykałem nawet dość dobrze utrzymane rabaty, przy których ustawiono ławki dla spragnionych odpoczynku spacerowiczów. Opustoszałe kiedyś kwartały, zabudowano w kilku rejonach niewielkimi blokami mieszkalnymi i pawilonami handlowymi. Moja matka mieszkała pod koniec życia w nowym domu, wzniesionym na miejscu dawnego pogorzeliska. Bardzo miłe wrażenie robił ulubiony przez nią pokój z ukwieconym balkonem, skierowanym na szeroki, pełny zieleni krajobraz pradoliny Wisły. Gdy przyjeżdżałem do matki, to oddawała mi do dyspozycji pokój z drugiej strony budynku. Przez okno widziałem szczytową część dachu pobliskiej katedry i wysoką wieżę zespolonego z tą świątynią zamku krzyżackiego.

Zasypiając, myślałem mimo woli o pożarach, które strawiły wiele domów, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek rozmawiał z matką na temat pożogi, poprzedzającej nasz przyjazd do Kwidzyna. Ta mądra kobieta nie lubiła zaprzątać swojego umysłu sprawami, na które nie miała wpływu. Myślę, że przemilczając haniebny wyczyn sowieckich podpalaczy, starała się uchronić mnie oraz mojego brata od tej szczególnej formy zniewolenia, jaką może być rozpamiętywanie doznanej szkody czy krzywdy. Porozumieliśmy się pod tym względem bez słów.

Przykre widoki gruzowisk były jednym z powodów, które skłoniły mnie do opuszczenia Kwidzyna niemal natychmiast po zdaniu egzaminu maturalnego. Przez dwa lata mieszkałem i pracowałem w pewnej podkwidzyńskiej wsi. Później jako student zjawiałem się w Kwidzynie tylko przelotnie w drodze na jeziora mazurskie, nad którymi spędzałem zwykle wakacje.

Mogło się więc wydawać, że już na zawsze uwolniłem się od prześladującego mnie koszmaru płonącej i rozpadającej się w gruzowisko ogromnej połaci miasta. Okazuje się jednak, że nawet teraz, gdy jako stary człowiek wracam do tamtych widoków w nawiedzających mnie snach, a nawet na jawie, mimo woli krążę często myślami wokół widzianych tak dawno szkieletów wypalonych domów.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz