W Kwidzynie przeżyłem swoje
lata gimnazjalno-licealne. Później odwiedzałem to miasto tylko w przypadkach,
gdy zmuszał mnie do tego jakiś ważny powód. Przed dwudziestu laty był to
pogrzeb matki. Później ze dwa razy złożyłem wizytę mojej przyrodniej siostrze,
która nie potrafiła zerwać z tym miastem, chociaż miała na to ochotę.
Ostatnio dałem się namówić
pewnemu poznaniakowi do wzięcia udziału w organizowanym w Kwidzynie,
koleżeńskim zjeździe z okazji 45-lecia egzaminu maturalnego uczennic i
uczniów klas naszego rocznika. Nigdy przedtem nie uczestniczyłem w zjazdach tej
towarzyskiej grupy i jeśli zgodziłem się wreszcie na spotkanie z owymi
podstarzałymi, niby znajomymi ludźmi, to z pewnością nie zadecydowały
o tym jakieś spóźnione sentymenty. Chciałem wydobyć z nich jak najwięcej
informacji o Kwidzynie naszej młodości, bo postanowiłem napisać coś o tym, nie
istniejącym już w zasadzie, mieście.
Do Kwidzyna przyjechałem na
dzień przed ustalonym terminem zjazdu, aby mieć trochę czasu na odwiedzenie
kilku miejsc, które mają dla mnie szczególne znaczenie. Udałem się przede
wszystkim na tereny spalonej przez Sowietów części miasta. Jest tam jeszcze
trochę pustych przestrzeni, które oczyszczono z rumowisk i gruzu w pierwszych
powojennych latach. Teraz rośnie na nich trawka, jak na podmiejskich
łąkach. Wśród tej zieleni spotykałem nawet dość dobrze utrzymane rabaty, przy
których ustawiono ławki dla spragnionych odpoczynku spacerowiczów. Opustoszałe
kiedyś kwartały, zabudowano w kilku rejonach niewielkimi blokami mieszkalnymi i
pawilonami handlowymi. Moja matka mieszkała pod koniec życia w nowym domu,
wzniesionym na miejscu dawnego pogorzeliska. Bardzo miłe wrażenie robił
ulubiony przez nią pokój z ukwieconym balkonem, skierowanym na szeroki,
pełny zieleni krajobraz pradoliny Wisły. Gdy przyjeżdżałem do matki, to
oddawała mi do dyspozycji pokój z drugiej strony budynku. Przez okno
widziałem szczytową część dachu pobliskiej katedry i wysoką wieżę zespolonego
z tą świątynią zamku krzyżackiego.
Zasypiając, myślałem mimo
woli o pożarach, które strawiły wiele domów, ale nie przypominam sobie, żebym
kiedykolwiek rozmawiał z matką na temat pożogi, poprzedzającej nasz
przyjazd do Kwidzyna. Ta mądra kobieta nie lubiła zaprzątać swojego umysłu
sprawami, na które nie miała wpływu. Myślę, że przemilczając haniebny
wyczyn sowieckich podpalaczy, starała się uchronić mnie oraz mojego brata od
tej szczególnej formy zniewolenia, jaką może być rozpamiętywanie doznanej
szkody czy krzywdy. Porozumieliśmy się pod tym względem bez słów.
Przykre widoki gruzowisk
były jednym z powodów, które skłoniły mnie do opuszczenia Kwidzyna niemal
natychmiast po zdaniu egzaminu maturalnego. Przez dwa lata mieszkałem i
pracowałem w pewnej podkwidzyńskiej wsi. Później jako student zjawiałem
się w Kwidzynie tylko przelotnie w drodze na jeziora mazurskie, nad którymi
spędzałem zwykle wakacje.
Mogło się więc wydawać, że
już na zawsze uwolniłem się od prześladującego mnie koszmaru płonącej i
rozpadającej się w gruzowisko ogromnej połaci miasta. Okazuje się jednak,
że nawet teraz, gdy jako stary człowiek wracam do tamtych widoków w nawiedzających
mnie snach, a nawet na jawie, mimo woli krążę często myślami wokół widzianych
tak dawno szkieletów wypalonych domów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz