niedziela, 24 stycznia 2016

Troja Północy 2)

Umieszczona nad głównym wejściem do kwidzyńskiej katedry, połyskliwa mozaika z podobizną świętego Jana w Oleju, zajaśniała żywym blaskiem ognia. Płomyk pod kotłem, w którym zanurzone są nogi ofiary tortur, niewiele znaczył wobec żaru palących się domów, oddalonych od kościoła zaledwie o szerokość małego placyku. Święty wznosił, jak zwykle, ręce do nieba. Modlił się chyba o zbawienie dusz podpalaczy. Tym razem byli to ludzie spod znaku Czerwonej Gwiazdy.

Nocą, gdy ogień ogarnął już dużą część okolicy, po przeciwnej stronie katedry, rozgrywały się odmienne, jakby sielankowe sceny. Wśród niepodpalonych jeszcze, chociaż już oświetlonych łunami pożarów budynków, snuły się grupy podpitych mężczyzn oraz towarzyszących im kobiet. Mężczyźni mieli na sobie najczęściej tylko koszule i kalesony, a kobiety występowały w pielęgniarskich kitlach. Przez pootwierane okna wydobywały się z mieszkań orgiastyczne rechoty i popiskiwania, które mogły przywrócić do życia parę przemienionych w kamień kochanków, pozostających od wieków w zastygłym uścisku na zwieńczeniu, przylegającej do murów katedry, kaplicy. Taki los, według legendy, spotkał podobno jej fundatora i pewną damę, gdy zostali przyłapani w tym świętym przybytku na amorach in flagranti. Jakiś nabożny rzeźbiarz, może za namową któregoś biskupa, postanowił okazać im wzgardę i potępienie, ale wbrew intencjom, stworzył dzieło o innej, jakby pornograficznej wymowie, całkiem zresztą zgrabne i sugestywne.

Myślę, że ten jego błąd okazał się zbawienny nie tyle dla wyznawców wiary, co dla samej katedry. Widniejąca nad kaplicą rzeźba z pewnością spodobała się pacjentom szpitali Armii Czerwonej i prawdopodobnie dlatego doszli oni do wniosku, że tak ciekawie ozdobionego budynku nie należy skazywać na zagładę. Nie wykluczam jednak, że i święty Jan w Oleju, przyczynił się na swój sposób do uratowania przed spaleniem tej historycznej świątyni niegdysiejszego biskupstwa pomezańskiego.

Odchodząc spod domu, w którym mieszkała moja matka, obejrzałem zachowaną w dobrym stanie katedrę. Skierowałem się następnie w stronę położonego wyżej centrum miasta. Szedłem obok porośniętych chwastami parceli. Są one obiektem zainteresowania pewnej niemieckiej fundacji, pragnącej odtworzyć zabytkowe kamieniczki. Jak sądzę, byłoby lepiej, gdyby sami mieszkańcy Kwidzyna podjęli się tego dzieła. Minąłem skwerek przy skrzyżowaniu ulic i znalazłem się wśród gęstej zabudowy. Przeszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów i stanąłem przed bramą domu, w którym przez osiem lat dorastał mój kolega ze szkolnej ławy, później znany poeta, Witold Dąbrowski.

Byliśmy dwunastolatkami, gdy zawarliśmy znajomość. Zdarzyło się to w sklepie spożywczym, w którym pracowały nasze matki. Przypuszczam, że to one właśnie dyskretnie zaaranżowały moje spotkanie z pozbawionym towarzystwa Witkiem. Na tę prezentację przyszedł on z przytroczonym do paska spodni pistoletem na kapiszony, co mnie rozbawiło, bo ja w tym czasie byłem już posiadaczem małokalibrowego Mauzera oraz kawaleryjskiego karabinu z odłamaną kolbą. Gdy uwolniliśmy się od towarzystwa obu pań, to z miejsca pochwaliłem się, że w schowku pod węglem mam ten arsenał. Wyjaśniłem przy tym nowo poznanemu „powstańcowi warszawskiemu“, iż ten wspaniale działający karabinek sportowy, wykryłem wśród śmieci zalegających pomieszczenia zamku krzyżackiego, w których znajdował się ośrodek kształcenia Hitlerjugend, i ża na to drugie uszkodzone trofeum, natrafiłem w jakimś opuszczonym przez żołnierzy Armii Czerwonej budynku mieszkalnym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz