Umieszczona nad głównym
wejściem do kwidzyńskiej katedry, połyskliwa mozaika z podobizną świętego
Jana w Oleju, zajaśniała żywym blaskiem ognia. Płomyk pod kotłem, w którym
zanurzone są nogi ofiary tortur, niewiele znaczył wobec żaru palących się
domów, oddalonych od kościoła zaledwie o szerokość małego placyku. Święty
wznosił, jak zwykle, ręce do nieba. Modlił się chyba o zbawienie dusz
podpalaczy. Tym razem byli to ludzie spod znaku Czerwonej Gwiazdy.
Nocą, gdy ogień ogarnął już
dużą część okolicy, po przeciwnej stronie katedry, rozgrywały się odmienne,
jakby sielankowe sceny. Wśród niepodpalonych jeszcze, chociaż już oświetlonych
łunami pożarów budynków, snuły się grupy podpitych mężczyzn oraz towarzyszących
im kobiet. Mężczyźni mieli na sobie najczęściej tylko koszule i kalesony, a
kobiety występowały w pielęgniarskich kitlach. Przez pootwierane okna
wydobywały się z mieszkań orgiastyczne rechoty i popiskiwania, które mogły
przywrócić do życia parę przemienionych w kamień kochanków, pozostających od
wieków w zastygłym uścisku na zwieńczeniu, przylegającej do murów katedry,
kaplicy. Taki los, według legendy, spotkał podobno jej fundatora i pewną damę,
gdy zostali przyłapani w tym świętym przybytku na amorach in flagranti. Jakiś
nabożny rzeźbiarz, może za namową któregoś biskupa, postanowił okazać im
wzgardę i potępienie, ale wbrew intencjom, stworzył dzieło o innej, jakby
pornograficznej wymowie, całkiem zresztą zgrabne i sugestywne.
Myślę, że ten jego błąd
okazał się zbawienny nie tyle dla wyznawców wiary, co dla samej katedry.
Widniejąca nad kaplicą rzeźba z pewnością spodobała się pacjentom szpitali
Armii Czerwonej i prawdopodobnie dlatego doszli oni do wniosku, że tak ciekawie
ozdobionego budynku nie należy skazywać na zagładę. Nie wykluczam jednak, że i
święty Jan w Oleju, przyczynił się na swój sposób do uratowania przed spaleniem
tej historycznej świątyni niegdysiejszego biskupstwa pomezańskiego.
Odchodząc spod domu, w
którym mieszkała moja matka, obejrzałem zachowaną w dobrym stanie katedrę.
Skierowałem się następnie w stronę położonego wyżej centrum miasta. Szedłem
obok porośniętych chwastami parceli. Są one obiektem zainteresowania pewnej
niemieckiej fundacji, pragnącej odtworzyć zabytkowe kamieniczki. Jak sądzę,
byłoby lepiej, gdyby sami mieszkańcy Kwidzyna podjęli się tego dzieła. Minąłem
skwerek przy skrzyżowaniu ulic i znalazłem się wśród gęstej zabudowy.
Przeszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów i stanąłem przed bramą domu, w którym
przez osiem lat dorastał mój kolega ze szkolnej ławy, później znany poeta,
Witold Dąbrowski.
Byliśmy dwunastolatkami, gdy
zawarliśmy znajomość. Zdarzyło się to w sklepie spożywczym, w którym pracowały
nasze matki. Przypuszczam, że to one właśnie dyskretnie zaaranżowały moje
spotkanie z pozbawionym towarzystwa Witkiem. Na tę prezentację przyszedł
on z przytroczonym do paska spodni pistoletem na kapiszony, co mnie
rozbawiło, bo ja w tym czasie byłem już posiadaczem małokalibrowego Mauzera
oraz kawaleryjskiego karabinu z odłamaną kolbą. Gdy uwolniliśmy się od
towarzystwa obu pań, to z miejsca pochwaliłem się, że w schowku pod węglem
mam ten arsenał. Wyjaśniłem przy tym nowo poznanemu „powstańcowi
warszawskiemu“, iż ten wspaniale działający karabinek sportowy, wykryłem wśród
śmieci zalegających pomieszczenia zamku krzyżackiego, w których znajdował się
ośrodek kształcenia Hitlerjugend, i ża na to drugie uszkodzone trofeum,
natrafiłem w jakimś opuszczonym przez żołnierzy Armii Czerwonej budynku mieszkalnym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz