niedziela, 31 stycznia 2016

Troja Północy 3)

Witek postanowił poprawić swój naiwnie nadszarpnięty image, twierdząc, że był naocznym świadkiem wznieconego przez Sowietów pożaru miasta. Aby wzmocnić wywierane na mnie wrażenie, zastosował technikę reportażu, co – jak sądzę – było powtórzeniem opowieści jego ojca Aleksandra, który prawdopodobnie był nie tylko świadkiem pożogi, ale także uczestnikiem zorganizowanej przez pierwszych polskich osiedleńców akcji przeciwpożarowej. Mógł opowiadać o tym z talentem, gdyż był z zawodu dziennikarzem. Przed wojną pracował w pisemku „Wróble na dachu“. Nie ręczę za wiarygodność tego byłego periodyku. Wydaje się jednak, że to czego się dowiedziałem od Witka, nie powinno budzić wątpliwości.

Bezrobotny redaktor przyłączył się do ekipy, która przejmowała Kwidzyn od sowieckiej komendantury. Zdecydował się na ten krok chyba dlatego, że nie widział przed sobą lepszych perspektyw w razie pozostania wraz z żoną i synem w skromnym domku w Komorowie pod zrujnowaną Warszawą. W Kwidzynie zajął piękne, trzypokojowe mieszkanie i znalazł ciekawe zatrudnienie jako działacz polityczny i gospodarczy. Założył komitet Polskiej Partii Socjalistycznej, wybierając na jego siedzibę budynek hotelowy. Na frontowej ścianie byłego hotelu, pojawił się duży czerwony szyld czy też transparent, co miało chyba budzić respekt wśród pozostających jeszcze przez długi czas w mieście różnych przedstawicieli wojsk sowieckich. Pan Aleksander Dąbrowski przystąpił też do organizowania Powszechnych Spółdzielni Spożywców, otwierając pierwszy sklep tej handlowej organizacji w parterowym lokaliku, znajdującym się tuż pod podłogą swojego mieszkania. W tym sklepie zatrudnił żonę, a wkrótce znalazła tam też zatrudnienie moja matka, która znała się na handlu o tyle, że w czasie niemieckiej okupacji sprzedawała ukraińskim chłopom, szmuglowany przez znajomego kolejarza tytoń. W Kwidzynie od razu zdobyła sobie opinię zdolnej i uczciwej pracownicy.

Ten sklep nadal funkcjonuje, chociaż znajdujące się na jego wystawie towary są ładniej opakowane niż te, które można było kupić w 1945 roku. Zerknąłem do wnętrza lokaliku, ale w moim odczuciu wyglądał zupełnie obco. Więcej wrażeń dostarczyła mi klatka schodowa, którą jako częsty gość Witka, wielokrotnie przemierzałem. Dotknąłem ręką drewnianej poręczy, tak jak czyniłem to dawniej i stanąłem przed drzwiami zajmującymi całą szerokość podestu schodów. Te drzwi otwierały się kiedyś przede mną po każdym naciśnięciu dzwonka. Miałem ochotę powtórzyć ten gest, ale opadła mi ręka. Pomyślałem, że za tymi drzwiami Witek przeżył godziny niesamowitej trwogi, gdy w pobliżu jego domu rozszalała się burza ognia.

Po dojściu do następnego skrzyżowania, skręciłem w ulicę, przy której znajduje się najbardziej luksusowa w mieście willa, zbudowana przed wojną przez miejscowego bankiera. Ten bogacz stał się nagle uchodźcą, tak jak wszyscy niemieccy mieszkańcy. Zauważyłem na jego pięknym budynku szyld jakiegoś podrzędnego biura magistrackiego. Pamiętam, że sowiecka komendantura, przydzieliła w 1945 roku tę rezydencję pierwszemu burmistrzowi Kwidzyna, panu Chmielewskiemu. Przygarnął on na pewien czas bezdomną szwagierkę ze zrujnowanej Warszawy oraz swojego bratanka, Andrzeja, z którym przy jakiejś okazji nawiązałem koleżeńskie stosunki. Bywałem czasem w zamieszkiwanym przez niego domu. Powiedział mi kiedyś z dozą źle ukrywanego snobizmu, że chodzimy po pokojach, które jeszcze niedawno zajmował marszałek Związku Radzieckiego, Konstanty Rokossowski, jeden z najsławniejszych dowódców, zasłużonych w walkach z hitlerowskimi wojskami. Powtórzył zasłyszany od wujka banał, ale muszę przyznać, że ta informacja jakoś mnie poruszyła. Od tego momentu przyglądałem się ze zwiększoną uwagą pokazywanym mi pomieszczeniom, chociaż panowały w nich na ogół przeraźliwe pustki. Doszedłem do wniosku, że poprzedni lokator prawdopodobnie przywłaszczył sobie, znajdujące się tam meble. W jednym z największych pokoi znajdował się tylko niewielki stolik z maszyną do pisania. Trochę lepiej przedstawiało się urządzenie gabinetu pana Chmielewskiego, składające się z biurka, krzesła, dwóch skórzanych foteli i dość ładnej lampy stojącej. Wszędzie brakowało dywanów na podłogach, ale przynajmniej parkiety lśniły czystością, co należało chyba przypisać staraniom jakiejś wykwalifikowanej sprzątaczki magistrackiej. Przyjemne wrażenie sprawiały też zawieszone przy ogromnych oknach firany z jakiegoś lekkiego, prawie przezroczystego materiału. Jedną z nich odsuwaliśmy, aby wyjść na taras i spojrzeć na znajdujący się w ogrodzie basen kąpielowy. Ubolewaliśmy, że zamiast wody wypełniały go jakieś pogruchotane sprzęty i śmieci, wyrzucone tam pewnie przez służbę Rokossowskiego.

Najchętniej stawałem przy maszynie do pisania i naciskałem wybierane klawisze. Z takim urządzeniem nie miałem wcześniej do czynienia i zostałem nim jakoś dziwnie oczarowany, jakbym przeczuwał, że w przyszłości tego rodzaju rzecz stanie się moim narzędziem pracy. Nie pomyślałem jednak, że zechcę kiedyś napisać cokolwiek o Rokossowskim, mimo, że wszedłem właśnie na tropy tego niewątpliwie wybitnego człowieka. W moim ówczesnym mniemaniu ta postać była uosobieniem wszelkiego zła, które spadło na Polskę od Wschodu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz