niedziela, 7 lutego 2016

Troja Północy 4)

Aby odświeżyć pamięć podczas pisania tych wspomnień, sięgnąłem do zbiorów moich zdjęć z Kwidzyna. Przetrząsając wypełnioną nimi szufladę natrafiłem na pożółkłą kopertę, w której przez dziesiątki lat pozostawał jakby w ukryciu, zupełnie zapomniany przeze mnie archiwalny rarytas. Jest to moje debiutanckie dzieło w dziedzinie fotografii, przedstawiające wypalone szkielety kilku budynków. Miałem czternaście lat, gdy postanowiłem zrobić użytek ze znalezionej wcześniej w jakimś bezpańskim mieszkaniu prościutkiej, skrzynkowej kamery. Z tym wyposażeniem, udałem się do spalonej części miasta na poszukiwanie tematów. Były w Kwidzynie ciekawsze miejsca, ale kierując się jakimś wewnętrznym impulsem, poszedłem właśnie w tamtym kierunku, gdzie sile ognia oparły się tylko brukowane jezdnie i betonowe trotuary.

Wśród nich pozostawały nieuprzątnięte jeszcze zwały drobnego gruzu, z którego powybierano cegły. Jak pamiętam, w czasie licznych akcji odgruzowania, w których brałem udział wraz z uczniami miejscowych szkół, nie pozostawiano na zmarnowanie nawet połówek cegieł. Odzyskiwany w ten sposób materiał, odwożono specjalnymi transportami kolejowymi do odbudowywanej Warszawy.

Zdjęcie nie nadaje się do reprodukcji, bo ma słabe kontrasty. Obrazek ten przekładam więc na słowny opis: widzę fragment ulicy z trojgiem przechodniów. Idącą energicznie parę tworzą chyba jacyś spieszący się małżonkowie. W tym samym kierunku podąża ciężkim krokiem stary, przygarbiony mężczyzna. Przed nimi wyrastają z ceglanego miału wysoko spiętrzone mury wypalonego ratusza, za którymi na horyzoncie są już tylko odległe wzgórza za Wisłą. Stary człowiek spogląda w prawo, gdzie widnieją pozostałości jednej z pierzei zabytkowego rynku. Fragmenty fasad dwupiętrowych kamieniczek mają cechy renesansowej architektury. W najlepszym stanie zachowały się łączące tę zabudowę podcienia. Był to kiedyś, jak się wydaje, handlowo-usługowy pasaż. Niewiele ucierpiał też od ognia narożny budynek, znajdujący się po stronie pobliskiej katedry. Można się domyślać, że wzniecony w tej kamieniczce pożar, został dość sprawnie wygaszony. Spaleniu uległy tylko fragmenty strychu i dachu nad tylną częścią budynku. Dochodzę więc do wniosku, że podpalacz działał w tym przypadku jakby w obawie przed zemstą zdesperowanych Polaków.

W maju 1945 roku wielokrotnie zaglądałem do wnętrz tego nadpalonego budynku. Mieściła się w nim kiedyś restauracja. Szczególnie zainteresowały mnie znajdujące się w jednym z parterowych pomieszczeń urządzenia kuchni z ogromnymi piecami i brytfannami. Wyobrażałem sobie tysiące przyrządzonych tam pieczeni i kotletów. Marzyłem o zjedzeniu dobrego posiłku, gdyż w owym czasie byłem zwykle niedożywiony.

Pierwsi gospodarze miasta myśleli o odbudowaniu ratusza i zabytkowych kamieniczek rynku, później ktoś inny postanowił, że te szacowne resztki należy rozebrać. Uczyniono to dość szybko i sprawnie, bez rozgłosu i czynów społecznych. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. W jakimś momencie ujrzałem tam tylko puste place. Mieszkańcy byli oburzeni zaprzepaszczeniem szans odbudowy tych ciekawych, z pewnością cennych obiektów architektonicznych. Dla zmylenia opinii publicznej rozpowszechniono pogłoski, że była to sprawka jakichś kombinatorów, wywożących rozbiórkową cegłę do centralnej Polski. Jeśli tak się stało, to nie wątpię, że kradzież została dokonana za cichym przyzwoleniem jakichś „czynników politycznych“, którym mogło zależeć na usunięciu rumowisk, stanowiących temat dla „szeptanej propagandy“, szerzonej przez ludzi niechętnych Związkowi Radzieckiemu i i jego Armii Czerwonej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz