Aby odświeżyć pamięć podczas
pisania tych wspomnień, sięgnąłem do zbiorów moich zdjęć z Kwidzyna.
Przetrząsając wypełnioną nimi szufladę natrafiłem na pożółkłą kopertę, w której
przez dziesiątki lat pozostawał jakby w ukryciu, zupełnie zapomniany przeze
mnie archiwalny rarytas. Jest to moje debiutanckie dzieło w dziedzinie
fotografii, przedstawiające wypalone szkielety kilku budynków. Miałem
czternaście lat, gdy postanowiłem zrobić użytek ze znalezionej wcześniej w jakimś
bezpańskim mieszkaniu prościutkiej, skrzynkowej kamery. Z tym
wyposażeniem, udałem się do spalonej części miasta na poszukiwanie tematów.
Były w Kwidzynie ciekawsze miejsca, ale kierując się jakimś wewnętrznym
impulsem, poszedłem właśnie w tamtym kierunku, gdzie sile ognia oparły się
tylko brukowane jezdnie i betonowe trotuary.
Wśród nich pozostawały
nieuprzątnięte jeszcze zwały drobnego gruzu, z którego powybierano cegły.
Jak pamiętam, w czasie licznych akcji odgruzowania, w których brałem udział
wraz z uczniami miejscowych szkół, nie pozostawiano na zmarnowanie nawet
połówek cegieł. Odzyskiwany w ten sposób materiał, odwożono specjalnymi
transportami kolejowymi do odbudowywanej Warszawy.
Zdjęcie nie nadaje się do
reprodukcji, bo ma słabe kontrasty. Obrazek ten przekładam więc na słowny opis:
widzę fragment ulicy z trojgiem przechodniów. Idącą energicznie parę
tworzą chyba jacyś spieszący się małżonkowie. W tym samym kierunku podąża
ciężkim krokiem stary, przygarbiony mężczyzna. Przed nimi wyrastają z ceglanego
miału wysoko spiętrzone mury wypalonego ratusza, za którymi na horyzoncie są
już tylko odległe wzgórza za Wisłą. Stary człowiek spogląda w prawo, gdzie
widnieją pozostałości jednej z pierzei zabytkowego rynku. Fragmenty fasad dwupiętrowych
kamieniczek mają cechy renesansowej architektury. W najlepszym stanie zachowały
się łączące tę zabudowę podcienia. Był to kiedyś, jak się wydaje,
handlowo-usługowy pasaż. Niewiele ucierpiał też od ognia narożny budynek,
znajdujący się po stronie pobliskiej katedry. Można się domyślać, że wzniecony
w tej kamieniczce pożar, został dość sprawnie wygaszony. Spaleniu uległy tylko
fragmenty strychu i dachu nad tylną częścią budynku. Dochodzę więc do wniosku,
że podpalacz działał w tym przypadku jakby w obawie przed zemstą zdesperowanych
Polaków.
W maju 1945 roku
wielokrotnie zaglądałem do wnętrz tego nadpalonego budynku. Mieściła się w nim
kiedyś restauracja. Szczególnie zainteresowały mnie znajdujące się w jednym
z parterowych pomieszczeń urządzenia kuchni z ogromnymi piecami i
brytfannami. Wyobrażałem sobie tysiące przyrządzonych tam pieczeni i kotletów.
Marzyłem o zjedzeniu dobrego posiłku, gdyż w owym czasie byłem zwykle
niedożywiony.
Pierwsi gospodarze miasta
myśleli o odbudowaniu ratusza i zabytkowych kamieniczek rynku, później ktoś
inny postanowił, że te szacowne resztki należy rozebrać. Uczyniono to dość
szybko i sprawnie, bez rozgłosu i czynów społecznych. Nawet nie wiem, kiedy to
się stało. W jakimś momencie ujrzałem tam tylko puste place. Mieszkańcy byli
oburzeni zaprzepaszczeniem szans odbudowy tych ciekawych, z pewnością
cennych obiektów architektonicznych. Dla zmylenia opinii publicznej
rozpowszechniono pogłoski, że była to sprawka jakichś kombinatorów, wywożących
rozbiórkową cegłę do centralnej Polski. Jeśli tak się stało, to nie wątpię, że
kradzież została dokonana za cichym przyzwoleniem jakichś „czynników
politycznych“, którym mogło zależeć na usunięciu rumowisk, stanowiących temat
dla „szeptanej propagandy“, szerzonej przez ludzi niechętnych Związkowi
Radzieckiemu i i jego Armii Czerwonej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz