Oczyma Rokossowskiego
Wiele wskazuje na to, że dowódcy II
Frontu Białoruskiego zależało na zdobyciu Kwidzyna bez wyniszczających miasto
walk, aby urządzić w nim następnie silny garnizon, jako oparcie dla służb
medycznych, zaopatrzeniowych i niezbędne zabezpieczenie sztabu, którym
kierował. O tym mieście wiedział z pewnością wiele już w momencie wkraczania na
tereny Prus Wschodnich.
„Dowódcy
otrzymali zdjęcia lotnicze terenów, w których miały działać i oddziały i
związki taktyczne. Zawczasu określono rejony w głębi obrony nieprzyjaciela lub
na jego tyłach, które należało zdobyć jeszcze przed nadejściem naszych sił
głównych. Specjalnie sformowanym oddziałom szybkim polecono wysuwać się do
przodu, obchodzić nieprzyjacielskie węzły oporu, zajmować znajdujące się na
drogach odwrotu nieprzyjaciela umocnienia, przeprawy i mosty oraz utrzymywać je
do nadejścia sił głównych.”(„Żołnierski obowiązek” str. 428).
Autor wspomnień wymieniał inne
jeszcze szczegóły nowatorskiej taktyki, jaką sowieckie wojska stosowały przy
zdobywaniu niektórych punktów oporu nieprzyjaciela.
„W
dywizjach tworzono silne oddziały wydzielone do działań nocnych. Ich zadaniem
było nie tracić styczności z wycofującym się nieprzyjacielem, jeśli rozpocznie
on odwrót pod osłoną ciemności. Oddziały te, uczepiwszy się nieprzyjaciela o
zmroku, powinny były przez całą noc utrzymywać go w napięciu, nie odrywając się
od niego nawet o krok.” (str. 428)
Szkoda, że Rokossowski nie wskazał
ani jednego miasta, które zdobyto w ten sposób. Myślę jednak, że w przypadku
Kwidzyna jakaś sowiecka jednostka specjalna, niewiele różniąca się od
współczesnych oddziałów komandosów, mogła zastosować bardziej jeszcze zmyślną
taktykę, jeśli doprowadziła do poddania się tej twierdzy bez walki. Gdyby
puścić wodze fantazji, to można dojść do wniosku, że wykorzystano pomysł
chytrego Odyseusza, jednego z bohaterów „Iliady” i „Odysei” Homera. Jak wiadomo,
za jego namową Grecy zbudowali ogromną makietę konia i ukryli w jej wnętrzu
oddział wojowników. Swoją „tajną broń” podłożyli pod mury miasta, pozorując
przy tym rezygnację z jego dalszego oblegania. Trojanie, nie podejrzewając
podstępu, zawlekli tę rzecz przed ołtarz Ateny jako ofiarę. Wojownicy wyszli w
nocy z ukrycia, aby podpalić miasto i otworzyć jego bramy.
Przy zdobywaniu Kwidzyna rolę
mitycznego konia trojańskiego mógł spełnić oddział żołnierzy przebranych w
niemieckie mundury. W swoich domysłach poszedłbym nawet dalej. Z lektury
cytowanych wspomnień dowiadujemy się, że przed zdobyciem Kwidzyna, sowieckie
wojsko szybkim atakiem z zaskoczenia zajęło stację kolejową w Olsztynie,
pokonując znajdującą się tam niemiecką jednostkę zmechanizowaną, o tyle
bezbronną, że jej sprzęt bojowy znajdował się na lorach. Były to samochody,
opancerzone transportery piechoty oraz czołgi. Nie zdziwiłbym się, gdyby te
zdobyczne pojazdy obsadzono sowieckimi załogami. Uformowana z nich kolumna
byłaby powitana z otwartymi ramionami przez niemieckich obrońców Kwidzyna.
Rokossowski kilkakrotnie zaznaczył z
ubolewaniem, że w komunikatach naczelnego dowództwa niemal zupełnie pomijano
działania II Frontu Białoruskiego. Dał też wyraz swojemu zdziwieniu, że w
opracowaniach historycznych niewiele napisano o prowadzonych przez niego
operacjach, ale sam też – jak już wiemy – poskąpił nam wielu informacji.
Badając teksty jego wspomnień,
znalazłem kilka enigmatycznie napisanych zdań, które mogły dotyczyć właśnie
Kwidzyna. Na stronie 444, po wzmiance o przełamaniu przez 2 armię uderzeniową
potężnie umocnionych rubieży na podejściach do Malborka i jej wyjściu 25
stycznia nad Wisłę i Nogat, autor przechodzi do opisu działań 65 armii, która
też w tym czasie dotarła do Wisły i przystąpiła do jej forsowania. We
fragmencie tekstu, gdzie powinna się znaleźć nazwa Kwidzyn, autor napisał tylko
tyle: „Na niektórych odcinkach rzeki nieprzyjaciel jeszcze nie zdołał
zorganizować obrony i osłaniał je niewielkimi siłami. Przyczynił się do tego
fakt, że pościg za oddziałami niemieckimi prowadzono dniem i nocą, bez przerwy.
Niezwykle użyteczne przy tym okazały się oddziały specjalne, przygotowane do
prowadzenia działań w porze nocnej.”
Zaraz po tych kilku zdaniach pojawia
się informacja o zaatakowaniu przez tę samą armię twierdzy Grudziądz. Wygląda
więc na to, że położony między Malborkiem a Grudziądzem, Kwidzyn został przez
Rokossowskiego wyparty z jego pamięci. Najwidoczniej nie chciał napisać, że to
średniej wielkości miasto zostało zdobyte bez poważniejszych walk, bo w takim
razie musiałby wyjaśnić, kto i dlaczego podłożył ogień pod jego zabudowę.
Marszałek Rokossowski pominął też w
swoich wspomnieniach fakt, że w Kwidzynie znajdowało się przez kilka miesięcy
jego stanowisko dowodzenia. Było to – moim zdaniem – dobrze wybrane na ten cel
miejsce, położone na górze z szerokim widokiem na płaską pradolinę Wisły. Przynajmmniej
od tej strony było ono zabezpieczone przed niespodziewanymi atakami wojsk
hitlerowskich, które w skomplikowanej sytuacji, jaka wytworzyła się na polach
walki w rejonach Prus Wschodnich i Pomorza, stanowiły wciąż poważne zagrożenie,
zwłaszcza dla stanowisk dowodzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz