Podpalenie
O jedynym z takich przypadków
czytamy: „Wkrótce zatelefonował dowódca 5
armii pancernej, Wolski, i zameldował, że nieprzyjaciel zbliża się do jego
stanowiska dowodzenia. Zwrócił się z prośbą o zezwolenie na przejście ze swoim sztabem
do rejonów rozmieszczenia oddziałów 2 armii uderzeniowej.”
Swoisty Blitzkrieg w wykonaniu Armii
Czerwonej doprowadził do wielkiego zamieszania na polach walki. Sowieci w
każdej chwili mogli się spodziewać kontruderzeń wciąż silnych wojsk niemieckich.
Chwile prawdziwej grozy przeżył marszałek Rokossowski, gdy się okazało, że w
blokowanym przez bardzo uszczuploną dywizję Toruniu było o wiele więcej
niemieckiego wojska niż się spodziewano: „Zgrupowanie,
które przedarło się z Torunia, liczyło ponad trzydzieści tysięcy doskonale
uzbrojonych żołnierzy i oficerów, wyposażonych w samochody pancerne,
transportery, pewną liczbę czołgów i artylerię. Zdarzenie to stanowiło dla nas
doskonałą nauczkę.”
Na swoim stanowisku dowodzenia
Rokossowski nie musiał bać się o swoją skórę jak dowódca armii pancernej
Wolski. Napisał o tym: „Po kolacji
zebraliśmy się w kwaterze sztabowej. Byli tutaj: N. Subbotin, A. Russkich, A.
Sokolski, P. Kotow-Legońkow i N. Borzow. Przyszedł również nasz szef tyłów, J.
Łagunow, który także poruszył sprawę Torunia – sąsiedztwo to było dla naszego
kwatermistrzostwa niezbyt przyjemne.”
Można przyjąć, że to właśnie
Kwidzyn, oddalony o 100 km od Torunia, przeobrażony w twierdzę sowiecką,
zapewniał Rokossowskiemu poczucie osobistego bezpieczeństwa. Jednak nawet tam
przeżywano czasem chwile nerwowego napięcia: „Na wszelki wypadek zarządziliśmy gotowość bojową na naszym stanowisku
dowodzenia. Szeregowcy i dowódcy pododdziałów obsługi zajęli pozycje do obrony
okrężnej. Wokół nas stały murowane domy, pod osłoną ich ścian można było jakiś
czas prowadzić walkę.” Zakładam, że zdarzyło się to w Kwidzynie, mimo, że
przytoczony, bardzo oszczędny opis niewymienionego z nazwy miasta mógłby się
odnosić do każdej innej miejscowości. Jest to jeszcze jeden dowód na to, że
Rokossowski pisząc swoje wspomnienia, starał się zacierać za sobą ślady.
Pożary wzniecono w Kwidzynie, gdy
Rokossowski przeniósł stamtąd swoją siedzibę do Legnicy. Wcale nie musiało to
oznaczać, że on nie wiedział, co się działo w opuszczonym przez niego mieście.
Jest bardzo możliwe, że na odjezdnym zostawił komuś plan Kwidzyna z
nakreślonymi przez siebie krechami, które były wskazówką dla podpalaczy. Spalono
część miasta zabudowaną licznymi sklepami i magazynami handlowymi. Ogień
wzniecano właśnie w sposób jakby z góry zaplanowany, o czym świadczyły proste
linie granic, oddzielających kwartały zgliszcz od ocalałej zabudowy.
Sami Sowieci postarali się o to,
żeby nikt nie wątpił, iż było to działanie celowe. Rozpoznawano ich jako
pacjentów, a raczej rekonwalescentów, wypuszczanych z wojskowych szpitali na
ulice. Mieli na sobie tylko bieliznę, ale te niekompletne stroje stanowiły
właśnie znak szczególny, odróżniający ich od nielicznych jeszcze osiedleńców.
Ubrani po błazeńsku żołnierze (wielu z nich miało na sobie damskie fartuszki)
spełniali rolę jak najbardziej haniebną. Podpalali dom po domu i rozsiadając
się na krawężnikach trotuarów, wznosili chóralne okrzyki: - Polaczki! Gore,
gore!
Radość podpalaczy była tym większa,
iż Polacy zorganizowali naprędce ochotniczą ekipę strażacką i starali się gasić
pożary jak potrafili. Dałoby to może jakiś skutek, gdyby nie podpalano domów na
nowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz