niedziela, 28 lutego 2016

Troja Północy 7)

Podpalenie

O jedynym z takich przypadków czytamy: „Wkrótce zatelefonował dowódca 5 armii pancernej, Wolski, i zameldował, że nieprzyjaciel zbliża się do jego stanowiska dowodzenia. Zwrócił się z prośbą o zezwolenie na przejście ze swoim sztabem do rejonów rozmieszczenia oddziałów 2 armii uderzeniowej.”

Swoisty Blitzkrieg w wykonaniu Armii Czerwonej doprowadził do wielkiego zamieszania na polach walki. Sowieci w każdej chwili mogli się spodziewać kontruderzeń wciąż silnych wojsk niemieckich. Chwile prawdziwej grozy przeżył marszałek Rokossowski, gdy się okazało, że w blokowanym przez bardzo uszczuploną dywizję Toruniu było o wiele więcej niemieckiego wojska niż się spodziewano: „Zgrupowanie, które przedarło się z Torunia, liczyło ponad trzydzieści tysięcy doskonale uzbrojonych żołnierzy i oficerów, wyposażonych w samochody pancerne, transportery, pewną liczbę czołgów i artylerię. Zdarzenie to stanowiło dla nas doskonałą nauczkę.”

Na swoim stanowisku dowodzenia Rokossowski nie musiał bać się o swoją skórę jak dowódca armii pancernej Wolski. Napisał o tym: „Po kolacji zebraliśmy się w kwaterze sztabowej. Byli tutaj: N. Subbotin, A. Russkich, A. Sokolski, P. Kotow-Legońkow i N. Borzow. Przyszedł również nasz szef tyłów, J. Łagunow, który także poruszył sprawę Torunia – sąsiedztwo to było dla naszego kwatermistrzostwa niezbyt przyjemne.”

Można przyjąć, że to właśnie Kwidzyn, oddalony o 100 km od Torunia, przeobrażony w twierdzę sowiecką, zapewniał Rokossowskiemu poczucie osobistego bezpieczeństwa. Jednak nawet tam przeżywano czasem chwile nerwowego napięcia: „Na wszelki wypadek zarządziliśmy gotowość bojową na naszym stanowisku dowodzenia. Szeregowcy i dowódcy pododdziałów obsługi zajęli pozycje do obrony okrężnej. Wokół nas stały murowane domy, pod osłoną ich ścian można było jakiś czas prowadzić walkę.” Zakładam, że zdarzyło się to w Kwidzynie, mimo, że przytoczony, bardzo oszczędny opis niewymienionego z nazwy miasta mógłby się odnosić do każdej innej miejscowości. Jest to jeszcze jeden dowód na to, że Rokossowski pisząc swoje wspomnienia, starał się zacierać za sobą ślady.

Pożary wzniecono w Kwidzynie, gdy Rokossowski przeniósł stamtąd swoją siedzibę do Legnicy. Wcale nie musiało to oznaczać, że on nie wiedział, co się działo w opuszczonym przez niego mieście. Jest bardzo możliwe, że na odjezdnym zostawił komuś plan Kwidzyna z nakreślonymi przez siebie krechami, które były wskazówką dla podpalaczy. Spalono część miasta zabudowaną licznymi sklepami i magazynami handlowymi. Ogień wzniecano właśnie w sposób jakby z góry zaplanowany, o czym świadczyły proste linie granic, oddzielających kwartały zgliszcz od ocalałej zabudowy.

Sami Sowieci postarali się o to, żeby nikt nie wątpił, iż było to działanie celowe. Rozpoznawano ich jako pacjentów, a raczej rekonwalescentów, wypuszczanych z wojskowych szpitali na ulice. Mieli na sobie tylko bieliznę, ale te niekompletne stroje stanowiły właśnie znak szczególny, odróżniający ich od nielicznych jeszcze osiedleńców. Ubrani po błazeńsku żołnierze (wielu z nich miało na sobie damskie fartuszki) spełniali rolę jak najbardziej haniebną. Podpalali dom po domu i rozsiadając się na krawężnikach trotuarów, wznosili chóralne okrzyki: - Polaczki! Gore, gore!

Radość podpalaczy była tym większa, iż Polacy zorganizowali naprędce ochotniczą ekipę strażacką i starali się gasić pożary jak potrafili. Dałoby to może jakiś skutek, gdyby nie podpalano domów na nowo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz