niedziela, 3 kwietnia 2016

Troja Północy 12)

Różne myśli przychodziły mi do głowy, gdy zaglądałem do setek opuszczonych przez Niemców mieszkań i dotykałem pozostałych tam jeszcze rzeczy, które dla ich właścicieli mogły mieć jakąś wartość. Patrząc na splądrowane pokoje i kuchnie, przypominałem sobie chwilami własne kąty w Stryju, które przed miesiącem musieliśmy pożegnać. W naszym mieszkaniu urządziła się już jakaś ukraińska albo rosyjska rodzina. Wyobrażałem sobie obcego człowieka patrzącego przez moje okno na kwitnące w sadzie jabłonie.

Nie roztkliwiałem się jednak nad swoim losem, ani też nad gehenną ludzi, których twarzom przyglądałem się kilkakrotnie, biorąc do rąk leżące wśród śmieci zapełnione fotografiami albumy rodzinne byłych mieszkańców Marienwerder, czyli Kwidzyna. Chciałem korzystać w życia takiego, jakie było mi dane. Każdego ranka zrywałem się ochoczo z posłania, aby nie stracić niczego, co przynosił kolejny dzień.

Miałem już dość chodzenia po brudnych mieszkaniach i przyłączyłem się do grupy chłopaków, jeżdżących na hulajnogach. Bez trudu odnalazłem widziany już wcześniej w pewnej piwnicy taki dziecinny, a jednak bardzo sprawny wehikuł, wyposażony w pneumatyczne ogumienie i hamulce. Urządzaliśmy długie rajdy ze startem przy placu dworcowym i metą u podnóża góry, na której zbudowano miasto. Spokojna jazda po łagodnym początkowo spadku kilku ulic nabierała dużego tempa, gdy wjeżdżaliśmy na trasę biegnącą po stromiźnie wśród gruzowisk. Odczuwałem na przemian miły chłód stawiającego opór i rozcinanego ciałem powietrza, albo fale ciepła, nawiewanego wiatrem od strony gorących jeszcze pogorzelisk.

Po tych wyczynach wracaliśmy do domu na skróty wśród pokrytych sadzą resztek murów, powyginanych stalowych konstrukcji i zalegających ziemię ceglano-wapiennych rumowisk. Następnie pchaliśmy swoje dwukółki przez środek miasta, ustępując z drogi pędzącym po trotuarach i jezdniach watahom rowerzystów. Byli to ozdrowieńcy z sowieckich szpitali, którzy jeszcze niedawno służyli za mięso armatnie w czasie walk o Prusy Wschodnie i Pomorze. Ci roześmiani, niewiele starsi od nas młodzieńcy cieszyli się ocalonym życiem. Czynili przy tym wiele hałasu, bo koła ich „wiłkomaszyn” pozbawione były opon i dętek, spalonych może przez nich samych w kwidzyńskich sklepach i magazynach. Jeździli na gołych felgach, nie martwiąc się, że doprowadzają w ten sposób używane rowery do stanu technicznej ruiny.

Ci beztroscy ludzie dali się polubić. Niektórzy z nich przystawali, aby pogadać z polskimi chłopakami. Po tych spotkaniach nabrałem przekonania, że można zaryzykować wyprawę do położonego za pogorzeliskami zamku krzyżackiego, który bardzo mnie interesował. Poszliśmy tam z bratem i kilkoma kolegami z naszej ulicy. Widok ogromnych sal, korytarzy i krużganków wywarł na mnie silne wrażenie, ale poza samą architekturą nie dostrzegłem żadnych śladów po zakonnikach, którzy ogniem i mieczem wytępili zamieszkujących górę Quidyn Prusów i zbudowali na miejscu ich osady wspaniałą warownię z wysoką, czterdziestometrową wieżą obronną.

Jak już wspomniałem, w tym zamku mieścił się prawdopodobnie ośrodek szkolenia młodzieży z Hitlerjugend. Wiele wskazywało na to, że było to szkolenie wojskowe. Na podłogach kilku sal leżały grube warstwy propagandowych wydawnictw. Były to książki, broszury, afisze i ulotki. To wszystko przemieszano z resztkami sprzętu biwakowego z mnóstwem aluminiowych rurek, z których dało się montować konstrukcje namiotów, ale niestety nie znalazłem choćby kawałka namiotowego brezentu. Szperając pod papierzyskami, zauważyłem dwie atrakcyjne rzeczy, które uznałem za swoją własność. Był to najpierw nóż z czarną bakelitową rękojeścią. Następnie nadepnąłem na ukryty pod makulaturą długi, twardy przedmiot, który okazał się wspaniałym karabinkiem sportowym, wykonanym na wzór typowego wojskowego Mauzera.

Ten karabinek odmienił moje dotychczasowe życie. Porzuciłem dziecinną hulajnogę i zająłem się sportem strzeleckim. Jako posiadacz karabinka uczyłem się przede wszystkim odpowiedzialności za swoje czyny. Stałem się kimś ważnym nawet wśród starszych ode mnie kolegów. Decydowałem, kto i kiedy będzie mógł postrzelać. Amunicję można było znaleźć bez trudu w wielu opuszczonych przez Niemców mieszkaniach. Kilka kompletnych paczek naboi znalazłem na parapecie któregoś okna. Na stanowisko strzeleckie wybrałem wiatę stojącą na placu składowym tartaku. Celem był oddalony o około sto metrów komin cegielni, znajdującej się przy końcu naszej ulicy. Karabinek był wręcz niezawodny, ale i oczy mieliśmy dobre. Niemal po każdym naszym strzale pojawiał się u szczytu komina dobrze widoczny odprysk wykruszonej cegły. Ten komin przetrzymał jakoś naszą palbę, bo jak sprawdziłem, stoi tam nadal. Jest jednak nieczynny, bo w pomieszczeniach cegielni urządzono hurtownię różnych towarów.

Powtarzające się strzelaniny nie zwracały przez długi czas niczyjej uwagi. Dopiero, gdy zaczęto zasiedlać kamienice przy dalszej części naszej ulicy, przybiegł do nas z krzykiem jakiś zdenerwowany mężczyzna, który w sadzie pod linią naszych strzałów urządził sobie gołębnik. Przestraszyły go gwizdy pocisków lecących tuż nad dachem zrobionej przez niego budki. Dla świętego spokoju przenieśliśmy naszą strzelnicę do pobliskiego schronu przeciwlotniczego. Był to długi tunel, oszalowany grubymi, całkiem jeszcze świeżymi deskami. Do tego podziemia wchodziło się z dwóch stron. Dla bezpieczeństwa zawsze ustawialiśmy kogoś na czatach, aby nie postrzelić jakiegoś przypadkowego przybysza. Nie potrafiliśmy tylko zapobiec rozchodzeniu się na zewnątrz odgłosów wystrzałów. Usłyszał je pewnego razu, idący ulicą radziecki oficer i ruszył w naszą stronę, trzymając rękę na kaburze pistoletu. Zachowaliśmy się całkiem przytomnie. Odczekaliśmy, aż intruz zacznie wchodzić do schronu i wówczas uciekliśmy przez otwór po przeciwnej stronie.

Po tym zdarzeniu, z bólem serca oddałem swojego Mauzera dyżurnemu na posterunku Milicji Obywatelskiej, sprawiając mu tym wielką radość. Nie był to jedyny egzemplarz znalezionej przeze mnie broni. Sowiecki karabin z ułamaną kolbą porzuciłem bez żalu, ale miałem też inne jeszcze trofea. W odróżnieniu od mojego, starszego o parę lat brata Zdzisława*, wykazywałem szczególną spostrzegawczość, właściwą wszystkim dzieciom, do których się jeszcze zaliczałem. W czasie jednej z kolejnych wypraw do zamku, jak sroka wypatrzyłem wśród śmieci mały błyszczący przedmiot. Była to miniatura niklowanego rewolweru, jaką otrzymywali prawdopodobnie co znaczniejsi członkowie organizacji Hitlerjugend. Znalazłem też odpowiednią amunicję. Były to małe naboje ze śrutowymi pociskami. Mały bębenkowiec nie budził mojego zaufania. Nie miałem dość odwagi, aby oddać z niego strzał. Podobnie zachował się towarzyszący mnie i bratu Witek Dąbrowski. Wówczas Zdzichu bez słowa wziął ode mnie naładowany już rewolwerek i nacisnął kilka razy spust. Rozległy się ciche trzaski, które bardzo nas rozczarowały.

Tę rzecz też po jakimś czasie zaniosłem na komisariat milicji, bo ogłoszono właśnie, że należy zdawać wszelką, posiadaną bez zezwolenia broń. Żałuję oczywiście, że pozbyłem się tej ładnej zabawki. Postanowiłem jednak zachować dla siebie znaleziony gdzieś stary flower o sześciokątnej lufie. Brakowało w nim pazura – urządzenia do wyrzucania łusek, stanowiącego ruchomą część komory nabojowej. Sądziłem, że posiadanie tak niekompletnej broni nie powinno narazić mnie ani mojej rodziny na jakieś kłopoty. Jednak i z tym karabinkiem rozstałem się po kilku latach. Ofiarowałem go poznanemu w gimnazjum koledze o przezwisku Moryc. Jego imienia niestety nie pamiętam. Wiem, że pochodził ze wsi Korzeniewo nad Wisłą. Był zdolnym rusznikarzem-amatorem. Doprowadził flower do stanu używalności, dorabiając z kawałka mosiądzu brakującą część.




* Zdzisław Walter (1930-2013) artysta malarz i fotografik, związany z Łodzią

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz