Pociągi codziennie przywoziły do
Kwidzyna spore grupy ludzi. Były to najczęściej rodziny z dziećmi. Niesiono
walizy, torby i toboły. Wśród przybyszów można było też zauważyć samotnych
mężczyzn z niewielkimi sakwojażami. Ci szli wolniej od innych, rozglądali się
ciekawie dookoła, jakby dokonywali rekonesansu. Niektórzy skręcali w naszą
ulicę. W porze przyjazdu pociągu z Grudziądza, była to jedna z godzin
popołudniowych, spoglądaliśmy odruchowo przez okno, aby przyjrzeć się nowym
twarzom.
Pewnego razu moja matka cofnęła się
nagle w głąb pokoju. Wyczułem, że opanował ją strach. Doskoczyłem do
okna, aby sprawdzić, kto ją tak zaniepokoił. Zauważyłem plecy oddalającego
się mężczyzny. Miał na sobie, niezbyt odpowiedni do pory roku, zimowy
płaszcz. Odwrócił na chwilę twarz w moją stronę, patrząc ponuro spod szerokiego
ronda filcowego kapelusza. Następnie wzruszył ramionami, a może tylko się
przygarbił i przyspieszył kroku.
Mama siedziała przy stole,
pocierając dłonią pobladłą twarz. Nie odpowiadała na moje natarczywe pytania.
Dopiero po pewnym czasie wyjaśniła mi, że ten zauważony przez nas człowiek
mógłby stać się dla nas niebezpieczny, gdyby się zorientował, że został
rozpoznany. W czasie niemieckiej okupacji był on znanym w Stryju kolaborantem,
pracował w KRIPO, czyli w kryminalnej policji.
Myślę, że on też się przestraszył,
widząc w oknie podejrzanie zaaferowaną kobietę. Ja, swoim impulsywnym
zachowaniem upewniłem go chyba, że powinien szukać dla siebie miejsca w jakimś
innym mieście. I tak właśnie uczynił, bo już nigdy więcej nie ujrzeliśmy tego
niespokojnego wędrowca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz